niedziela, 8 lipca 2018

Stary klozet

Stary klozet
Zepsuł się od A do Zet.
Pękła mu rurka,
W spłuczce wciąż ciurka,

A na dodatek
Ciągle spod niej kapie.
No i zaworek dał ciała,
Nie działa.

I nie wiem, k.... mać,
Co zrobić, aby się nie dać.
Chyba wyrwę  go z kanalizacji
W szewskiej pasji

I wywalę do śmietnika.
Niech znika.
Będzie porządek.
Nie zasługuje na naszą de!


Tu już w śmietniku, w towarzystwie pojemników.

środa, 6 czerwca 2018

Facta Nautica

Zachęcam do odwiedzenia portalu FACTA NAUTICA - Magazynu Nautologicznego.
Bardzo ciekawy ( i ja też zacząłem tam publikować)

Podaję link:

sobota, 2 czerwca 2018

Jeszcze jeden ślub...

Na wstępie, skowyt mojej duszy, wyrażony w specjalnie utworzonej przeze mnie na tę okoliczność formie literackiej, której nadałem nazwę "inwokacjotren".

INWOKACJOTREN

Ewo, siostrzenico moja,
Cóż ja mogę powiedzieć, co ja?
Chyba tylko to, że cię tracę,
Bo pewien facet
Dorwał się do Ciebie, jak do wodopoja
I robiąc w mej duszy łubu dubu,
Zawiódł Cię do ślubu!!!

Jak to jest, moja mała?
Już dla mnie dzięcielina nie pała.
Coś nagle się skończyło -
Jesteś, a jakoby Cię nie było,
I nie bursztynowy mi świerzop,
ni gryka nie biała...
Budzę się spocon o wczesnym poranku, 
Licząc zwiędłe kwiaty na Twoim wianku!!!

Hej, stop emocje. Niech przemówi zimny, kronikarski rozsądek.

I oto przemawia:

Ów ślub odbył się  w w Urzędzie Stanu Cywilnego w Werneuchen, niewielkiej miejscowości pod Berlinem. Urząd ten mieścił się w stylowym ratuszu, na rynku.


Część gości przyjechała samochodami, a część specjalnie na ten cel wynajętym autobusem. Pogoda był wyjątkowo sprzyjająca, mimo hiobowej prognozy na ten dzień. Ani śladu chmur, burz i ochłodzenia. Nieba lazur i temperatura powyżej 25 stopni.
W sali, na pierwszym piętrze budynku, urzędniczka, po odczytaniu z odpowiednim patosem i modulacją okolicznościowej mowy, tłumaczonej na angielski przez stojącą obok niej znajomą Pary Młodej, połączyła Ewę i Dietharda węzłem małżeńskim.









Oprawę muzyczną Ceremonii zapewniło Rodzinne Trio, wykonujące skomponowane przez siebie utwory.


Między innymi i ten utwór, noszący nazwę "Ewa`s entrance":


Po Ceremonii, nastąpiło uroczyste opuszczenie ratusza, w  ulewie konfetti w kształcie serduszek,


i przemieszczenie się całego towarzystwa parę kilometrów dalej, na przyjęcie w ogrodzie "Gartengluck Wegendorf" w Altlandsberg. Para Młoda udała się tam szykownym kabrioletem.


Ów Gartengluck Wegendorf, to nic innego, jak zaadaptowane do weselnych celów gospodarstwo. 


W murze wejście do ogrodu, a przed nim otwarte wrota do WC.


A to stodoła, w której odbyło się wesele.


Tutaj stoły, przy których spożywało się pokarm. Obowiązywała samoobsługa, ponieważ na widocznym w głębi podwyższeniu, przygotowany został tzw. szwedzki stół.  



Było to bardzo praktyczne, gdyż każdy mógł brać, co chciał i ile chciał, a także jeść, gdzie chciał - przy stole, lub w ogrodzie. Panowała piękna pogoda, toteż wszyscy wkrótce wybrali tę drugą opcję. 

Można było też coś wybrać z przygotowanego własnoręcznie przez Ojca Panny Młodej stołu z wędlinami z dziczyzny.


A potem nastąpiły hulanki i swawole, które trwały aż do północy.


I ja tam byłem, żarłem i piłem,
ale  niestety, wcześniej się wykruszyłem...

NIECH ŻYJĄ DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE!!!!


sobota, 12 maja 2018

Epitafium

Żył sobie szczęśliwie u naszych kuzynów pewien pies, olbrzym, rasy terier rosyjski. Nazywał się Smyk, podobnie jak należące do nich kolejne psy. Swym wyglądem i donośnym, groźnym szczekaniem budził powszechny respekt. W rzeczywistości serce miał gołębie dla tych, których znał, ale był nieustępliwie nieufny dla obcych. My znaliśmy go od szczeniaka, więc traktował nas niemal tak samo, jak właścicieli. 
Jednak, jak wiadomo, czas płynie. Osiągnąwszy poważny, jak na swoją rasę, wiek lat dwunastu odszedł z tego świata.


JESZCZE JEDEN SMYK
Z NASZEGO ŻYCIA ZNIKŁ.
GDZIE ON TERAZ PRZEBYWA,
NIE WIEM, NIE BĘDĘ TEGO UKRYWAŁ,
ALE NALEŻY WIERZYĆ,
ŻE GDZIEŚ TAM, W PSIM RAJU BIEŻY...  

niedziela, 22 kwietnia 2018

Ostatni rzut limeryków

OTO OSTATNI RZUT LIMERYKÓW

NIEKTÓRE OD LAT OSIEMNASTU
(czytać po godzinie 22!!!)

32.
            W biblijnych czasach, pewnego Onana
            Nakryła nocą żona zatroskana,
            I rzekła: Ty drabie,
Co szepczesz swej grabie?
Nic takiego – odparł – Kochana!

33.
            Pewien mieszczuch, w Boże imię,
            Chciał wymacać krowie wymię.
            Ta, czując gliglanie,
            Rzekła z uszanowaniem:
            Pocałujcież wy mię...

34.
            Raz jeden sk....synek
            Zagrał na klawesynie
            A drugi sk.....syn
            Wsłuchał się w klawesyn
            I rzekł: o, nie słyszałem takiej gry, nie!

35.
            Będąc we Włoszech, koza
            Spytała: que cosa?
            Ciągle mnie boli, doctore,
            Chyba mam plecy chore.
            A lekarz na to: skolioza!

36.      
            Dulcynea z Toboso
            Lubiła chodzić nago (o zgrozo!).
            Ujrzawszy ją, Don Kichot
            Wydał nerwowy chichot
            I spytał: „czy zostaniesz mą espozą?”

37.
            Pewien Graf Oman z Lubeki
            Pisywał limeryki całe wieki.
            Lecz każdy, któremu je dał,
            Z politowaniem się śmiał,
            Więc zmienił nazwisko, zanim zamknął powieki


sobota, 31 marca 2018

Jaja

Powtarzam wpis okolicznościowy z serii "Smok Zza Lasu", który parę lat temu umieściłem na blogu. Jakże nadal aktualny się okazał - osądźcie sami


JAJA

Gadali astrologowie w Najjaśniejszej Krainie Naszej, że rychły koniec świata ma nastąpić. Dzień nawet, pewni siebie, datą konkretną określili. Nie po raz pierwszy zresztą, bo terminów w przeszłości podawali już wiele. Jednakowoż naród za każdym razem do śmierci karnie się sposobił, w kupy się zbierając i modły odprawiając wspólnie.
Także i teraz nie było inaczej. Ja również, nastrojowi wszechobecnemu uległszy i obrachunku sumienia mego nieczystego dokonawszy, w oczekiwaniu się pogrążyłem, dnia sądnego wypatrując. Za to kobita moja, włosiennicę przyodziała i gębę sadzą wymazawszy, furt na sabaty łaziła, tam, gdzie czarownice niegdyś na stosie palono. Z babami okolicznymi gusła odprawiała. Sła ich wieczorami przy ognisku się schodziła. Zawodzenia na mil kilka się niosły, strach, ale i nadzieję w narodzie budząc.
We mnie też, na przekór psychosis ogólnej, spokój lęgnąć się począł. Przecie kobita sama z natury swojej w gębie mocna, nieustępliwa i zawzięta, z determinacyją wielką ku celowi prze. Niejeden chłop na skórze swojej to poczuł. A kiedy już zbierze się ich kupa, to czort sam i wszystkie moce piekielne jak niepyszne pierzchają, fatum nieprzychylne ze sobą unosząc.
Jednakowoż, na wypadek wszelaki, w razie gdyby do apokalypsis jakowegoś doszło, bogom posługę oddać postanowiłem. Okazyja nadarzyła się wkrótce sposobna, na niedzielę pierwszą, po pierwszej wiosennej miesiąca pełni nastawszy. Zwyczajem odwiecznym kosz wiklinowy, co to w drewutni zwykle leży, wyrychtowałem, szmatą wyłożywszy i jajami, mięsiwem, kiełbasą, a i chlebem wypełniając. Obmywszy się nieco, do świątyni pobliskiej go zaniosłem. Tam, z trudem pomiędzy inne, na ławie stojące, wcisnąłem.
Chłopy, czapki w łapach miętosząc, spode łba na się popatrywali, kosze przyniesione porównując, który lepszy, a pośledniejszy który. Na ogół wszystkie podobne do się były, jeno w szczegółach niewielkich odbiegając nieco. A to szmata kosz wyściełająca czystsza, a to jaja w kolorze odmiennym, kiełbasa świeższa, lubo chleb czarny czy biały. Z niektórych butelczyna okowity wystawała. Chłopy bowiem fantazyją w tej materii odznaczali się nadzwyczaj mierną.
Jednakowoż, pośród wszystkich, jeden kosz wyróżniał się znacznie
Wielkością się odznaczał niemałą. Zielskiem jakowymś, miast szmatą, wyściełan, z sitowia, czy czort wie z czego, uplecion, bo wilklina przednia, jak świat światem, brązowa być winna. Jaja sterczały z niego dziwne, nijak kurzych nieprzypominające. Oślizgłe jakieś, jakby flegmą pokryte, a pośród nich baranek, narodzon ledwo, ale martwy chyba, bo znaku życia nie dający.
Ledwie kapłan wiecheć namoczywszy, kosze przyniesione skropił, rejwach w świątyni rozgorzał wielki. Chłopi do ławy kupą ruszyli, kosze swoje zabierając, a potem pod ścianą podstępnie się gromadząc, aby odmieńca tego, co dziwo to przywlókł, obaczyć.
Wtem, od słuchalnicy drewnianej postać się oderwała zgarbiona, w opończę czarną przyodziana, łeb kapturem chroniąca. Chyłkiem do ławy podskoczywszy, kosz dziwny podjąć spróbowała.
Jam jednak szybszy był. Nagłym przeczuciem tknięty, wbrew rozumowi swemu kosz przed nią ucapiwszy, swój w łapę mu wetknąłem, półgębkiem rzucając:
- Uchodź czym prędzej, zanim skórę z ciebie złupią. W chałupie na mnie czekaj!
I ciałem swym go zasłoniwszy, drogę ucieczki mu utorowałem, a sam życie swe ratując, przez zakrystię na świat Boży wypadłem
Klucząc, pościg rychło za sobą ostawiłem, część jaj po drodze gubiąc. Kiedym chałupy szczęśliwie dopadł, kilka jeno się ostało, a i truchło baranka zarządzeniem jakowymś   nadal w koszu tkwiło.
W obejściu cisza panowała martwa. Kobity mojej próżno było tam szukać, bo ostatnimi czasy popołudniem późnym z sabatów wracała i tam, gdzie stojąc, natychmiast w sen głęboki zapadała.
Dzień się robił już w pełni, słońce ponad las wylazło, wszystko dookoła promieniami swym darząc, a i zawartość kosza penetrując, toteż woń zgniława, dobywająca się z niego, dała się mocno poczuć. Pod płot go więc wcisnąłem, aby nos zaoszczędzić. Jednakowoż ciepło rosnące swoje robiło. Rychło w to miejsce robactwo pełzające i to, co lata, nadciągać poczęło, a w drewutni rumor podejrzany się wszczął. Strachem zdjęty, toporzysko ująłem i już wrota znienacka rozewrzeć miałem, zwierza na padlinę łasego się spodziewając, kiedy pysk znajomy spoza nich wychynął, powietrze z lubością w nozdrza wciągając. Rozejrzał się lękliwie wokół, a mnie dostrzegłszy, resztę cielska za sobą wytaszczył.
- Odłóż, Waść, toporzysko, bo szkody jakowejś narobisz - wystękał. - I tak dość strachu sie najadłem. Wściekły ten naród, co Krainę twoją zaludnia. Gadać hadko... Ledwiem z życiem uszedł...
- A po cóż do świątyni się pchał, jaja jakieś dziwne ze sobą wlokąc, a na dodatek to truchło baranie pomiędzy nie wtykając? - spytałem, z ulgą odetchnąwszy, bom w bestii owej Smoka Zza Lasu na dobre rozpoznał. - Podziękowania mi się należą, bo gdyby nie ja, to ani chybi, skórę twoją wypchaną na jarmarkach za czas jakiś można byłoby oglądać.
- Wieść niesie, że w waszej Krainie zwyczaj panuje odwieczny, który jaja i strawę na wiosnę święcić każe. Podobno tym, co je do świątyni noszą, pomyślność i jasność myśli daje. A potem to, co w koszu jest, zjada się, ucztę dzieleniem się jajem poprzedzając. Mnie, jak nigdy pomyślna prognoza na rok ten jest potrzebna. Nie świadom był tylko, że dla życia zwyczaj ten tak niebezpiecznym być może. Naród wasz krewki jest i odmieńców nie znosi. Nie dziwota, że smoka u was nie doświadczysz na co dzień, ani innej bestyi, różnej w wyglądzie i przekonaniach swoich. Ukrywają się biedaki, bo rychło na strzępy mogą być rozwleczeni - Smok łbem pokręcił, powietrza znów w nozdrza nabrał i pod płot polazł. Much i wszelkiego stworzenia pełzającego chmarę odegnawszy, jajo z kosza wyciągnął, rozłupał je wprawnie i, zanim zasłonić się zdążyłem, do gęby połowę mi wepchnął, zdrowia i pomyślności życząc. Smród z pyska mu idacy i rybi smak zgniły, ślepia mi na wierzch wypchały, żywot pod gardło podnosząc. Ledwom wychodka dopadł, wątpia do reszty wynicowując.
Kiedym w czas jakiś na świat Boży słaniając się wychynął, Smoka, truchło baranka pożerającego z lubością wielką i resztą jaj zagryzającego, obaczyłem. Mdłości znowu szarpnęły mną potężne, alem opanować je zdołał i odczekawszy, aż kosz opróżnionym zostanie, w bezpiecznej odległości na trawę się osunąłem.
Smok ozorem mlasnął ze smakiem, pysk łapą otarł.
- Dawnom tak przedniej strawy nie próbował - ozwał się, kęs ostatni przełykając. - Zwykle, przed auditorium na taką ucztę nie mogę sobie pozwolić. W Krainie Za Lasem kryzys panuje wielki. Jej Włodarze, co chcą sobie poczynają, ku upadkowi ją ciągnąc. Naród ubogi, resztki grosiwa w kramach poślednich, "Coccinella Septempunctata" zwanych wysupłuje. Ani ja, ani nikt z Koteryi Mojej chodzić tam się nie odważa, za hańbę i na honorze ujmę to mając... Ach, nie wiem, co z tą nasza Krainą będzie... - westchnął, za łeb się chycił, w moją stronę łypiąc i zdania mego oczekując. Cisza jednakowoż zapadła, bom ani chęci, ani siły do dyskursu nie miał.
Smok widno stan ducha mego w lot odczytał, bo po chwili wątek przerwany podjął - Imaginuj Waść sobie, że wybory do parlatorium za miesięcy kilka nastaną. Pracy mnie i Koterię Moją bezmiar czeka, bo rzec hadko, poparcie zaczynamy tracić. Jeno jeszcze wśród gminu i pospólstwa się utrzymuje. A na domiar złego, ruchawka się rozpoczęła w części Krainy przez odmienny ród smoczy zamieszkanej. Odmienność swą, zwyczaje i mowę poprzez parlatorium, de jure, chcą uzyskać...
- Może takie ich prawo? - wystękałem nieopatrznie, bom dość jego wynurzeń już miał i o drzemce zaczynałem myśleć.
- Jakie prawo?! - Smok wrzasnął, ale piskliwie jakoś, na łapach niepewnie się wznosząc. - Toż to nasienie wraże, smoki jakieś dziwne, nieloty. Korytarze pod ziemią ryją, w brył czarnych poszukiwaniu, co to nimi, miast łajnem krowim, czy polanami, chałupy w czas chłodów ogrzewają. Niby odmienność uzyskać chcą, a spisek przeciw Krainie knują. Ziemię, na której żyją, oderwać od Krainy planują i połączyć się z Królestwem od zachodniej strony sąsiadującym zamierzają skrycie. Nie dopuścim do tego, póki ja i Koteryja Moja oppositio największe w Krainie stanowić będziemy, a tym bardziej, gdy po wyborach we władanie wziąć ją będzie nam dane. Dopiero wtedy ład, porządek i sprawiedliwość w niej zapanuje! Póki co, Ruch Pamięci Kuzyna Mego tworząc i o pomnik jego przed Siedzibą Zarządcy Krainy walkę upartą tocząc, pole udeptane do potyczki o władanie sposobimy.
Smok gadał coś jeszcze, o spisie powszechnym pogłowia smoczego wspominając, ale jam wkrótce w sen głęboki zapadł. Tak kobita moja, z sabatu powracająca, mnie obaczyła. Snadź do głowy jej zamroczonej wygląd mój marny dotarł, bo miast paść tam, gdzie stała, ku mnie się dowlokła, gestem matczynym do piersi swej ogromnej mnie przyciskając, ażem tchu złapać był niezdolen.