piątek, 23 czerwca 2017

Dzień Ojca

Mój Ojciec, Tadeusz Pyszkowski, zmarł 10 lat temu w wieku 92 lat, będąc seniorem polskiego dziennikarstwa sportowego. Pracował w Polskim Radiu od zarania jego działalności po II wojnie światowej. Wspóltworzył powojenną redakcję sportową radia. Był wieloletnim sprawozdawcą z najważniejszych wydarzeń sportowych oraz kierownikiem tej redakcji. Specjalizował się w lekkoatletyce, boksie i piłce nożnej. Można było usłyszeć Jego głos między innymi.. z Wyścigu Pokoju, igrzysk olimpijskich w Meksyku i Tokio oraz z mistrzostw świata w piłce nożnej. Relacjonował także słynny mecz na Wembley, kiedy to nasza reprezentacja wyeliminowała z dalszych rozgrywek Anglię...

Oto jego legitymacja akredytacyjna z Mundialu w 1974, kiedy to nasza reprezentacja odnosiła największe sukcesy:

Ostatnie 7 lat Jego życia wypełniła walka z nieubłaganie rozwijającą się, nieuleczalną chorobą. Aktywnie wspomagałem go w tym. Zmagania z nią częściowo opisałem w swej książce  pt. "Humus", dostępną w wydawnictwie e-bookowo również w formie papierowej.

Poniżej zamieszczam  jej fragment:

"– Zapraszam cię na lody – mówi ojciec.
Spoglądam na zegarek. Mamy jeszcze przeszło godzinę oczekiwania na wizytę u lekarza. Pielęgniarka właśnie skończyła robienie ojcu EKG. Znowu dziwiła się, że ojciec ma osiemdziesiąt osiem lat. Kręciła z niedowierzaniem głową, a ojciec powtarzał zadowolony jak bąk: „Jeszcze się trzymam. To dlatego, proszę pani, że chodzę na spacery i... gimnastykuję się.”
– Dobrze, tato, ale ja płacę.
Idziemy świeżo wyremontowaną Marszałkowską. Jest piękny, ciepły dzień. Kolorowy chodnik jaśnieje w blasku słońca. Ojciec zakłada ciemne okulary. Wygląda w nich jak playboy.
– Dawno tu nie byłem – mówi. – Ostatnio jechałem tędy tramwajem do apteki. Musiałem kupić lekarstwo, wiesz... na to... – pokazuje dół brzucha.
– Na prostatę?
– Tak. To bardzo dobre lekarstwo. Ty też je kupuj...
– Dobrze, tato. – Ojciec idzie powoli, trochę powłócząc nogami. – Może chcesz, żebyśmy przejechali przystanek tramwajem?
– Tramwajem? – dziwi się. – Dam sobie radę. Ja lubię spacerować.
Na rogu Marszałkowskiej i Pięknej wchodzimy do Jachacego.
– Jakie chcesz lody? – pytam.
Ojciec długo stoi przed ladą. Barmanka obserwuje nas z zainteresowaniem i cierpliwie czeka na zamówienie. – To  te, te i te – pokazuje w końcu.
– Poproszę dwa razy po trzy kulki – tłumaczę barmance. – Raz pomarańczowo-truskawkowo-waniliowe a dla mnie to samo, tylko zamiast waniliowych, cytrynowe. Czy mamy zaczekać?
– Niech panowie usiądą przy stoliku. Lody poda kelnerka.
Siadamy na wiklinowych krzesłach, wyściełanych poduszkami. Za oknem widać przejście dla pieszych przy Placu Konstytucji. Przechodzą po nim młode dziewczyny. Ojciec z zainteresowaniem wodzi za nimi wzrokiem. Jest przystojnym, ogorzałym facetem o krzaczastych brwiach i niebieskich oczach. Wygląda najwyżej na... trudno powiedzieć, może na siedemdziesiąt lat. Chciałbym zapamiętać go takim, zanim pochłonie go mrok nieubłaganej choroby...
– Dla panów lody – mówi kelnerka i stawia przed nami szklane kielichy.
– Dla mnie pomarańczowo-truskawkowo-cytrynowe, a dla ojca pomarańczowo-truskawkowo-waniliowe – przypominam.
Kelnerka przygląda się lodom, skonsternowana. Zarówno cytrynowe, jak i waniliowe są koloru białego. – Przepraszam, naprawdę nie wiem, które są które.– Uśmiecha się speszona.
– Nic nie szkodzi, spróbuję. – Biorę łyżeczkę i smakuję wybraną białą kulkę. – To ta przede mną jest cytrynowa – informuję.
Kelnerka jest tak zakłopotana, że odchodzi, zapominając o podaniu rachunku.
– O co chodzi? – pyta ojciec.
– O nic, wszystko w porządku.
Ojciec bierze ostrożnie łyżeczką małą porcję, uważając, żeby się nie pobrudzić. – Dobre lody – stwierdza i za chwilę dodaje: – Mam trudności z pamięcią, ale to, co było kiedyś, pamiętam dobrze. Z mówieniem mam trudności.
– Co pamiętasz, tato? – zachęcam go, zmuszając tym samym do głośnego formułowania myśli.
I ojciec zaczyna opowiadać. Odprężony i zadowolony wspomina swoje przeżycia z przeszłości. Mówi o liceum, do którego dojeżdżał z Wołomina, o swoi bracie, który ożenił się z właścicielką kawiarni w Płońsku.
– Kradłem tam ciastka. – Uśmiecha się z satysfakcją i dodaje: – Wiesz, byłem bardzo łakomy. Kiedy byłem mały, mama  robiła lody w domu. Też były bardzo dobre. Ojciec też je lubił... Umarł wcześnie...
– Ile miał lat?
– Chyba sześćdziesiąt. Miał chore płuca. Dużo, wiesz... palił. Ledwo dyszał i nie mógł chodzić. Był urzędnikiem NIK-u. Robiłem mu papierosy...
– Jak to, robiłeś?
– Takie, wiesz – ojciec pokazuje palcami tak, jakby coś skręcał.
– Skręty?
– Tak, w gilzie.
– Ty też paliłeś, tato.
– Paliłem, nawet sporo, ale musiałem skończyć. Grałem w piłkę w takim klubie... – zastanawia się – w Warszawie. Trener kazał mi przestać. To był dobry człowiek. Emerytowany pułkownik. Bardzo mnie lubił. Jak mieli mnie wziąć do służby...
– Do wojska – podpowiadam.
– Do wojska, to on skrócił mi służbę o pół roku. Powiedział komuś, że na coś choruję. Chciał, żebym grał. – Uśmiecha się. Je lody powoli, delektując się ich smakiem. Została mu tylko jeszcze jedna kulka, pływająca w różowym roztworze. – Kiedyś złamałem rękę – zmienia nagle temat. – Wspinałem się i skakałem z takiej, wiesz, co wyrastała...
– Z gałęzi, tato.
– Z gałęzi. A teraz już nic mnie nie boli, popatrz...
Oglądam tę rękę z udanym zainteresowaniem, a ojciec opowiada dalej. Rozgadał się, stary. Szuka czasem słów. Podpowiadam mu, ale nie za często, tak aby dać mu szansę na samodzielne znalezienie brakującego określenia. Mówi dość cicho. Gwar w restauracji zagłusza go. Przysuwam się do niego i wtedy mam okazję przyjrzeć się bliżej jego oczom. Są jasne i żywe, o nieprzekrwionych białkach. Mętnieją tylko wtedy, kiedy nie może dokładnie się wypowiedzieć. Smutnieją, wpatrzone w głębię zanikającej pamięci. A mnie ściska coś za serce. Uspokajam go, że w ludziom w jego wieku często brakuje słów, ze to normalne i żeby się nie denerwował. Ojciec udaje, że zgadza się ze mną.
Uśmiecha się z zadumą. – Wiesz, obaj mieliśmy ciekawe życie. Ja dużo zwiedziłem na lądzie, a ty na morzu i w powietrzu. Pożyję do dziewięćdziesiątki a potem koniec...
Nie chcę wyobrażać sobie jego śmierci. Jeszcze nie teraz... Zastanawiam się, co właściwie do niego czuję. Czy jest to miłość, sentyment, czy po prostu zwykły obowiązek?"





środa, 24 maja 2017

Mile morskie

Moja książka pt. "Mile morskie" właśnie ukazała się w wydawnictwie e-bookowo w formie e-booka.

Jest to drugie, rozszerzone wydanie tej książki.

Jej treścią są wybrane przeze mnie wyjątki z dziennika, w którym zawarłem swoje refleksje i wrażenia z mojego marynarskiego życia. Ów wybrany zbiór obejmuje okres od 1963 do 1971 roku.

Od tego czasu upłynęło sporo lat. Wysłużony „Dar Pomorza” został zastąpiony przez „Dar Młodzieży”. Państwowa Szkoła Morska przekształciła się najpierw w Wyższą Szkołę Morską, a potem w Akademię. Nie ma już olbrzymiej polskiej floty statków handlowych. Absolwenci Akademii Morskiej pływają na statkach obcych bander. Życie na morzu nie uległo jednak zmianie. Dlatego to, co opisałem, stanowi swego rodzaju wartość ponadczasową.

Oto bezpośredni link na stronę, z której można zamówić tę książkę.


Zachęcam do przeczytania!!!!

Zapraszam też na stronę "Mile morskie" (na górnym pasku dodatkowych stron), aby zapoznać się z fragmentami książki

Mile morskie

środa, 19 kwietnia 2017

No i są te medale!

Po dłuuuuugim oczekiwaniu otrzymaliśmy zaproszenie na uroczyste wręczenie medali za dłuuuuuuuuugoletnie pożycie (małżeńskie).

Uroczystość odbyła się dnia piątego kwietnia, Roku Pańskiego 2017 w Pałacu Ślubów, Pl. Zamkowy 6.
Obecnych było jeszcze ok. 15 - 20 podobnie szczęśliwych, jak my, par + zaproszeni goście.
 
Medale przed rozdaniem wyglądały tak. Starannie ułożone wraz z legitymacjami na stoliku pod oknem. Na parapecie widać bukiet czerwonych róż, które podczas uroczystości wręczane były każdej Jubilatce.

Medale osobiście przypinała pani Gronkiewicz Waltz, która stworzyła wyjątkowo przyjemną i rodzinną atmosferę.

A oto my, już odznaczeni.
Po części oficjalnej była mała zagryzka





Oraz szampan, sto lat i gorzko, gorzko!!!!!




A medale w pudełeczkach wyglądają tak:
 


I WSZYSCY ŻYJĄ DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE






 

środa, 22 lutego 2017

Lepiej późno niż wcale...

Dawno mnie tu nie było, oj dawno!!!

Czas leci jak głupi i bombarduje różnymi nieciekawymi wiadomościami, aż się chce człowiekowi zaszyć gdzieś w kupie liści i przeczekać (albo po prostu przespać, albo zahibernować i powrócić do życia w nieco lepszym okresie). 
Kto wie, może to zrobimy...

Ale, póki co, śpieszę zawiadomić o bardzo ważnym wydarzeniu, które miało miejsce w październiku ubiegłego roku.

OTÓŻ, PROSZĘ PAŃSTWA, WTEDY STUKNĘŁO NAM (MI I MTŻ) 50 LAT WSPÓLNEGO  POŻYCIA!!!!!!!

Naprawdę, nie konfabuluję.

Z tej ważnej okazji zafundowaliśmy sobie okolicznościowy obiadek w miłej restauracyjce.





A wieczorem, w domu, szampanika.


Uruchomiłem też swoich parę pozostałych jeszcze przy życiu szarych komór i wymyśliłem taki oto wierszyk:

Na pięćdziesięciolecie.

Żarna historii i czasu mielą,
A ja wciąż jestem z Izabelą.
Wiele się działo na tym świecie,
a ja wciąż jestem z Nią w duecie.

Bywały mrozy i upały,
A ja wciąż przy Niej, jak oszalały.
Upadł stalinizm, komuna padła,
A nas wciąż łączy miłość zajadła.

Nastały czasy Solidarności,
A ja wciąż przy Niej, proszę gości.
Potem Jaruzel, Okrągły Stół.
A my wciąż razem, objęci w pół.

Także i teraz, za Kaczora,
Na miłość dla nas jest również pora.
I nawet gdyby zamknięto mnie w mamrze,
Kochać wciąż będę Ją, a jakże!!!!
 

  I jeszcze coś.

Dostaliśmy oficjalne pismo od JNP Pana Prezydenta, zaczynające się od słów:

" Z okazji obchodzonego przez Państwa wspaniałego jubileuszu - zawarcia związku małżeńskiego - mam wielką przyjemność uhonorować Państwa Medalami Za Długoletnie Pożycie Małżeńskie."

Podbudowało to nas na tyle, że do czasu otrzymania medali postanowiliśmy ani nie zaszywać się w kupie liści, ani nie hibernować.





piątek, 23 grudnia 2016

I znowu mamy Święta






I znowu mamy święta.
Po niebie sunie kometa,
ludzie podnoszą gębusie.

Koniec roku nadchodzi.
Po raz kolejny Bóg się rodzi,
w stajence wszyscy przyglądają mu się.

Może od tego widoku
na Ziemi zapanuje spokój,
bo tego brakuje najwięcej.

A ci, którzy patrzą bykiem,
wsłuchają się w niebiańską muzykę 
i wyciągną przyjaźnie ręce...

WSZYSTKIEGO NAJ... NA ŚWIĘTA  I NOWY ROK!!!!!!




czwartek, 10 listopada 2016

Wieta, czy nie wieta?




Wieta, czy nie wieta,
ale na jesieni budzi się w człeku poeta.
Kiedy tak patrzy na kolorowe liście,
to świat wydaje mu się pięknym iście.
Nawet, gdy za oknem leje,
to świat też się do niego śmieje.

A potem chwyta za pióro, lub siada do komputera
i wypluwa z siebie to wszystko, co w nim wzbiera.
I kiedy to później czyta, śmieje się lub szlocha,
bo tak, proszę Państwa,
bo tak, proszę  Państwa,
bo tak ten świat kocha

wtorek, 1 listopada 2016

Wszystkich Świętych

Przypomniały mi się moje wiersze, które przed laty produkowałem podczas napadów tzw. twórczej weny.

Oto dwa z nich, które pasują do tego smutnego, ale i pełnego nadziei na lepsze życie Święta:



NAPRAWIANIE GROBU

stuk stuk stuk
cementową ręką
o bruk

pac pac pac
nad spróchniałą szczęką
plac

pod brzozą
szeleści jesienną
groza

szur szur szur
rozpęka podstępnie
mur

ter ter ter
grzechocze posępnie
kler

aksamit
czernią przestrzenną
rani

hyc hyc hyc
przemyka proszalny
widz

mig mig mig
w ukłonach mszalnych
dyg


w zarysy
wciska swe bielmo
łysy

chlast chlast chlast
klęka pod nożem
chwast

szu szu szu
nad wiecznym łożem
do snu

od nowa
gładzone kielnią
słowa


ODWIEDZINY

w bramie
bez sztachet
potok głów
jak w szeregu
przy łóżku chorego

szybki krok
wyznacza  wyrwę
w codzienności

gwar
pośpieszny
z mową banknotów
ginie w szepcie
zawisłym
nad rzędami alej

wybacz
że w zbyt gwałtownych
ruchach
wnieśliśmy tutaj
niepokój
swoich spraw

w geście współczucia
(zazdrości?)
zwrócimy literom
przygasły blask
i
odszukamy fotografię
na której
wygrałeś nieśmiertelność

ulotny płomień
znicza
ułatwi tobie
chwilę
przebudzenia
a
cięte kwiaty
pochylą głowy
w męce
czerpania wilgoci