
Treść niniejszej książki stanowią wybrane przeze mnie wyjątki
z dziennika, w którym zawarłem swoje refleksje i wrażenia z mojego
marynarskiego życia. Są one bardzo specyficzne i odmienne od odbieranych przez
ogół ludzi żyjących na lądzie. Kształtują je realia głęboko zrośnięte z morskim
żywiołem i związaną z nim pracą.
Trudno jest pokrótce określić, co to jest marynarskie
życie. Aby zrozumieć, jakie jest w rzeczywistości, trzeba stać się człowiekiem
morza. Nie wystarczy wybrać się raz, czy dwa w ciągu życia na beztroską
wycieczkę w kabinie pasażerskiej. Nie wystarczy także okazjonalnie i na krótko
zaciągnąć się na statek, mając w zanadrzu perspektywę powrotu do wykonywanego
przedtem zawodu. Być człowiekiem morza, to znaczy odrzucić wszelkie inne możliwości
pracy i przeniknąć specyfiką tego odrębnego życia już w okresie ugruntowywania
się psychiki i światopoglądu.
Zawód marynarza łączy się z wieloma miesiącami odosobnienia
i tęsknoty. Obfituje w chwile, z którymi nie wiadomo co począć. Najlepiej
wówczas zająć się jakąś dodatkową pracą. Dla jednych będzie to pisanie listów
albo pamiętników, dla innych zbieranie pamiątek lub czytanie książek.
Nie wiem, na ile wiernie może odtworzyć sobie tok zwykłego
życia i pracy na morzu ktoś, kto nigdy na nim nie był. Dlatego pragnę, abyście
z uwagą przeczytali to, co pisałem zawsze wtedy, kiedy starałem się oswoić
czas.
Ów wybrany zbiór refleksji i wrażeń obejmuje okres od 1963
do 1972 roku. Od tego czasu upłynęło sporo lat. Wysłużony „Dar Pomorza” został
zastąpiony przez „Dar Młodzieży”. Państwowa Szkoła Morska przekształciła się
najpierw w Wyższą Szkołę Morską, a potem w Akademię. Nie ma już olbrzymiej
polskiej floty statków handlowych. Absolwenci Akademii Morskiej pływają na
statkach obcych bander. Życie na morzu nie uległo jednak zmianie. Dlatego to,
co opisałem, stanowi swego rodzaju wartość ponadczasową.
Książkę podzieliłem na trzy części:
REFLEKSJE - wybór literackich felietonów.
WRAŻENIA - wyjątki z Dziennika Podróży.
LIRYKA - wybór wierszy.
Poniżej przedstawiam kilka fragmentów tej książki.
REFLEKSJE
NIECH CI NIE BŁYSZCZĄ TAK BARDZO OCZY
Jest wieczór. Jest mokry piasek, falochron. Jest wybrzeże,
pojedyncze drzewa, daleki ruch na ulicy. Jest wszystko, co stwarza wczesną
wiosnę i szybkie spojrzenia.
Gdy szedłem tutaj, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Każdy
śpieszył w swoją stronę. W powietrzu zawisło ciepło kończącego się dnia.
Czekała na mnie. Zdejmujemy buty i pozwalamy chłodnej fali
wpływać między palce.
– Widzisz ten statek?
– Nie lubię statków – odpowiada – Zabierają mi ciebie.
Księżyc podpiera brodę rękami i powoli sinieje. Moczy nogi,
podziurkowane kraterami. Na plaży sterczą sieci i stoi dom rybaka. Migocą
oświetlone okienka. Jest wszystko, co stwarza pożegnanie.
A przecież mógłbym o nim zapomnieć. Wystarczyłoby pozostać
i nad ranem, kiedy zimą świeci słońce, wychodzić w grubym kożuchu, który wlecze
się po chodniku, zostawiając szeroką bruzdę. Albo wstawać rano w szlafroku, jak
wszyscy ludzie, otwierać drzwi, odbierać mleko i poranną prasę. Mógłbym, na
przykład, któregoś poranku wziąć wędkę i iść na ryby, wiedząc, że na mnie
czekasz. Wracać i zawsze, kiedy tylko zapragnę, mieć ciebie.
Ja jednak zostawiam wszystko. Powinienem teraz zrobić coś,
żeby ci nie błyszczały tak bardzo oczy i nie wilgotniały dłonie.
Wracam jednak na statek. Po drodze kupuję zeszłoroczne
jabłka. Ci, co zostają, niedługo będą obchodzić Święta Wielkanocne.
W kabinie rozpakowuję swoje rzeczy. Na szocie wieszam zegarek
i kalendarz. Zegarek będzie odmierzał czterogodzinne wachty i pozwoli mi zorientować
się, kiedy należy iść do mesy albo na pokład. Kalendarz umiejscowi mnie w
mijających nie wiadomo kiedy dniach, od wschodu słońca, przez południe, do wieczornego
ciepła.
Noc maluje nieprzezroczystą barwą bulaj. W kabinie słychać
pulsujący szum agregatów i odczuwa się wibrację silnika.
Siedzę przy stoliku, nakrytym pomarańczową serwetą i obserwuję
nienaturalne cienie sprzętów. Żółtawe światło lampki wydobywa z półmroku rozwieszoną
na krześle koszulę. Wyjmuję pióro i zdaję sobie sprawę, że nadchodzi pora
tęsknoty i pisania listów. Pora rozmyślania o wszystkim, co zostaje za niknącym
kilwaterem.
Będę przypominał sobie równomierny stukot kół pociągu,
każde słowo, wypowiedziane wszystko jedno komu, tramwaj, filiżankę kawy, tłum,
dom towarowy, zatłoczone ulice… Będę też myślał o Tobie.
Czasem, wraz z ciszą i tęsknotą nadejdzie niepokojący ból w
skroniach i wtedy będę musiał wyjść na pokład.
ŻEGNAM SZCZECIN
Do kabiny wpada ostry błysk światła. Wtłacza ze sobą bezustanny
szum silnika.
– Co jest, do cholery?!
Trzeba w ten sposób zareagować, kiedy bez powodu budzą
człowieka w nocy.
Nad moja koją zawisa w żółtawej smudze broda. Wyciągnięta
ręka maca przez chwilę szot i zapala lampkę.
– Co? - pytam.
– Wstawać, wpół do czwartej!
Ciekaw jestem, komu zebrało się na żarty. O tej porze najlepiej
jest przewracać się na drugi bok.
– Wstawaj!
– Słyszę.
– Manewry!
Ten ktoś ma jednak rację. Trzeba pozamykać wszystkie ładownie.
Bosman wczoraj o tym mówił. Powoli zakładam skarpetki i idę do łazienki
przetrzeć oczy. Szybko mija sen. Już nie pamiętam, co mi się śniło.
Na pokładzie ostre, chłodne powietrze. Czarne hałdy węgla
toną w topniejącym wiosennie śniegu, który niespodziewanie spadł tej nocy.
Zimno, jak na tę porę roku.
Trymerzy schodzą po trapie, pobrzękując blachami. Wloką ze
sobą ogniki górniczych lampek. Statek głęboko zanurzył się w wodzie. Można z
łatwością zeskoczyć z burty na keję. Tablica „Załoga na burcie” każe całej
załodze stawić się na statku o godzinie 04.30. Właśnie teraz zbliża się ta
godzina.
Idę na pierwszą ładownię, uważając, żeby nie potknąć się o
sterty desek. Biorę długi hak i zaczynam dźwigać grube deski lukowe. Namokły
roztopionym śniegiem i są tak ciężkie, jakby ktoś złośliwie dorobił do nich
okucia z ołowiu. Poprzedniego dnia posortowałem wszystkie, stosownie do numerów
poszczególnych ładowni, ponieważ pomieszały się podczas postoju na stoczni.
Przychodzi Benek. Dźwigam razem z nim dechy i układam na żelaznych
rozpornicach.
– Ty – przypomina Benek – układaj równo.
Ciągniemy je długim pogrzebaczem i dobijamy do sąsiednich.
Z westchnieniem wspominam nowoczesne klapy na nowszych statkach. Wystarczyło
tylko nacisnąć guzik i w dwie minuty ładownie były zamknięte…
Nareszcie wszystkie deski ułożone. Trzeba jeszcze przynieść
brezenty i dokładnie na nich rozciągnąć. Potem brzegi umocować drewnianymi
klinami i założyć ściągacze. To dopiero część roboty. Pozostały jeszcze do
sklarowania bomy ładunkowe. Próbuję rozruszać zastałą przez noc windę. Strugi
gorącej wody chlupoczą w otwartych kurkach. Uruchamiam dopływ pary do maksimum
i naciskam do oporu rączkę biegów. Tłoki ruszają. Włączam kilkakrotnie bieg na
wciąganie i bieg na opuszczanie. Potem sprzęgam windę z bębnem, na który
nawinięta jest stalowa lina. To samo robię z druga windą. Długie bomy powoli
opuszczają się równolegle do pokładu. Ich końce spoczywają w uchwytach po
drugiej stronie ładowni. Opieram się z ulgą o burtę i tępo spoglądam na
rozkraczone dźwigi. Jest jeszcze ciemno. Za rufą sterczy pokraczna „Brygada
Makowskiego”. Tam też ładują węgiel. Dźwigi pracują z małymi przerwami przez
całą noc. Przy trapie nudzi się marynarz ze statku, który wczoraj przycumował
do naszej burty. Oni również mają wyjść w morze dzisiaj rano.
– Chcesz zapalić? – pyta, wyjmując papierosa.
– Nie palę – odpowiadam.
– Idziecie do Włoch? – pyta jeszcze raz.
Nie mam ochoty odpowiadać. Marynarz przytyka zapałkę i
zaciąga się kilkakrotnie. Wiem, że chce coś jeszcze powiedzieć. Nudzi się
przecież na trapie.
– Idziemy do Afryki. Cholera, bez klimatyzacji. Trzy
miesiące – mówi – Teraz do Gdyni, a dopiero potem do Afryki. Czuję, że w Gdyni
będę musiał coś wykombinować. Spróbuję zamustrować na inny statek.
Do rejsu jesteśmy gotowi po ósmej rano. Pilota jednak
jeszcze nie ma. Jestem prawie pewien, że zjawi się dopiero przed dwunastą.
Zawsze coś staje na przeszkodzie sprawnemu wyjściu w morze. Jak nie pilot, to
WOP, jak nie celnicy, to brak holowników.
W mesie wszyscy jedzą spóźnione śniadanie. Mały, wiecznie
roześmiany Cieśla opowiada:
– Mówię wam, co za okropny sen miałem dzisiaj. Jak Boga
kocham. Śniło mi się, że miałem olbrzymią czuprynę. Spadała mi aż na oczy.
Śmiech. Cieśla jest przecież łysy.
– Tak – powtarza Cieśla. Na imię ma Jasio i podobno doskonale
strzyże. Podczas rejsu każdy, kto chce skrócić włosy, zgłasza się do niego.
– Jasiu, wyglądasz jak Jezusek. Coś ty taki zabiedzony? – Palacz
z maszyny zawsze musi coś wtrącić.
– Ja to zawsze będę chudy – odgryza się Cieśla – Po co mi taki
śmietnik, jak twój? – I pokazuje jego brzuch.
Odpływamy dopiero po dwunastej.
NASTROJE
Bywają piękne dni. Oczywiście kojarzą się one z piękna pogodą.
Zwykle statek stoi wtedy na kotwicy i czeka na wejście do portu. Wiatr cichnie,
a dym z komina idzie prosto do góry. Jest także słońce, które tkwi na niebie przez
cały dzień.
Rozkładam wówczas leżak, zdejmuję ubranie i wyciągam się w
przyjemnym cieple. Cieszę się, że w kraju jest teraz zimno i ludzie chodzą
opatuleni po uszy. Pokład powoli staje się miejscem ogólnego odpoczynku.
Przybywa leżaków i bladych ciał. Blade ciała rozmawiają, grają w karty i
stopniowo stają się czerwonawe.
Z lubością wciągam nagrzane powietrze i pogrążam się w beztroskim
niebycie. Myślę, że powinienem opalić sobie plecy, ale nie chce mi się zmieniać
pozycji. Myślę też, że mógłbym urozmaicić sobie czas łowieniem ryb, albo
robieniem zdjęć, ale nie chce mi się wstać z leżaka. Czekam, aż słońcu znudzi
się tak bez przerwy tkwić na niebie. Wtedy wkładam na siebie coś cieplejszego i
biorę się za jakąś lekką pracę. Na przykład maluję białą farbą wewnętrzne
części burt. Spoglądam na ciemniejące niebo i godzę się z tym, że jak zwykle w
nocy pójdę na wachtę i stracę część następnego dnia na sen.
Bywają także dni nijakie. Dzisiaj jest właśnie taki dzień.
Jest ponuro, wszystko w porcie znajome, boli głowa od czytania książek.
Chciałoby się pójść do knajpy i upić do nieprzytomności. Męczy mnie koszmarna
chandra. Chodzę w tę i z powrotem po kabinie. Wiem już, że liczy sześć kroków
wzdłuż, a w poprzek tylko trzy. A może lepiej położyć się i spać aż do wachty?
Rozbieram się i włażę głęboko pod koc. Wtedy przychodzi Krzysztof.
– Co robisz? – pyta głupio.
– Chcę się wyspać przed wachtą – tłumaczę spokojnie.
– Nie warto – mówi – wstawaj.
– Jutro chcę się trochę poopalać. Jeśli teraz wstanę, to
jutro będę nieprzytomny.
– Czytałem prognozę. Ma nie być słońca.
Wygrzebuję się więc spod koca i siadam ciężko na kanapie.
– Fatalna sytuacja – stwierdzam z rezygnacją i pytam: – Co
chcesz ode mnie?
Krzysztof smutnieje.
– Nie wiem, co robić. Jestem wściekły i napiłbym się piwa.
Masz jeszcze?
Daję mu butelkę.
– Wiesz – mówi Krzysztof po kilku łykach – jestem wściekły
na tych z maszyny. To są kretyni. Czuję, że spaprałem sobie przez nich opinię.
Wiem doskonale, co to jest spaprana opinia i jak trudno ją
poprawić, zostając nadal na tym samym statku.
– Nic ci nie będzie – pocieszam go – najwyżej zmienisz statek.
Rzucisz to całe towarzystwo i zaczniesz od nowa.
– Zmustruję, jak tylko będę mógł, ale teraz muszę tu
siedzieć. Przecież trwa rejs. – Spogląda z zadumą na nalepkę na butelce i dodaje:
– Chciałbym czasem porządnie narozrabiać…
– Słuchaj, a może oni mają rację? – mówię.
– Kto?
– No, ci z maszyny?
– Myślisz, że rzeczywiście jestem winien...? Możesz być pewien,
że nie. Jestem tylko człowiekiem pechowym i zawsze tak się składa, że to, co
sknocili inni, skrupia się na mnie. Tak samo było z tą korbą. Cholera, zagrzała
się akurat na mojej wachcie! Wiesz o co mi chodzi?
Słyszałem coś o tym, ale nie chce mi się wdawać w
szczegóły.
– Wiem.
– No to właśnie ta korba. Trzeba ją zawsze smarować i zawsze,
co piętnaście minut ją smaruję, ale na poprzedniej wachcie wybrano na korbie
luz. Zawsze w takich przypadkach pisze się na tablicy „Uwaga, korba dobita”,
aby zwracać na nią szczególną uwagę, ale kiedy przyszedłem, na tablicy nic nie było.
Miałem do smarowania dwie korby i obie smarowałem rutynowo. Wtedy wpadł
Pierwszy Mechanik z wrzaskiem: „Nie wiedzieliście, że korba dobita?!” I
oczywiście, do mnie. Wytłumaczyłem mu, że poprzednią wachtę miał Trzeci i nic
mi nie powiedział. Poleciał więc do niego, ale oficera długo rugać nie można…
– Chodź Krzysiek, połazimy trochę – proponuję współczująco.
Na zewnątrz jest już wieczór. Pomarańczowe światło zachodzącego
słońca oblewa statki, długi falochron i wysokie hałdy węgla. Wchodzimy na
bulwar, z którego widać bryzgi fal na zatopionych żelbetowych blokach.
– Wiesz – mówię – bardzo często popełnia się pewien błąd i
myślę, że ty to zrobiłeś. Za bardzo dałeś się załodze poznać. Najlepiej jest
zachować mały dystans, bo to w razie czego ułatwi ci ucieczkę do własnej
odrębności. Nigdy nie można całkowicie dać się poznać innym ludziom.
– Trafiłeś – mówi Krzysztof – tylko, że ja zawsze lubię z
ludźmi pogadać, tak jak bym był jednym z nich. Ale masz rację…
– Jeśli znają ciebie, jak łysego konia, to wtedy łatwo jest
im pozwolić sobie na poufałość – dodaję – wtedy taki facet może podejść do
ciebie, klepnąć cię w plecy i powiedzieć: „cześć, stary idioto”, a ty możesz mu
powiedzieć: „odwal się”. Tak nie powinno być.
Stoimy teraz na samej krawędzi bulwaru i wlepiamy wzrok w
fontanny wody. Jest to najodpowiedniejsza chwila do psioczenia na ten cały
parszywy świat.
– Najbardziej mnie denerwuje, kiedy nie można z ludźmi
dojść do ładu – mówi Krzysztof – niektórzy są cholernie ograniczeni i bardzo
łatwo jest wyprowadzić ich z równowagi. Są rozdrażnieni, małostkowi i mało
wyrozumiali. Postępują, jakby byli na świecie tylko oni sami. Ludzie powinni
przecież ułatwiać sobie nawzajem życie, zwłaszcza w naszym środowisku. Chyba zgadzasz
się ze mną?
– Tak.
– Uważam, że wśród załogi spotyka się stanowczo za dużo
egoistów. Są nieufni i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta cała wspólnota, ta
„marynarska rodzina”, to jeden wielki pic.
– Chyba trochę przesadziłeś – mówię – my chcemy stanowić
rodzinę, ale nie zawsze nam się to udaje. Po prostu zdarzają się ludzie, którzy
do tego nie dopuszczają. Wystarczy, że trafi się jeden facet o nierównym
usposobieniu i nadmiernym poczuciu własnej wartości. Wtedy jest mu trudno
uszanować godność osobistą w innym człowieku.
Kiedy jest nijaki dzień, chce się psioczyć na cały świat i
nic na to nie można poradzić. Ma się chęć wywrócić na wierzch wątrobę i
wyrzucić wszystko, co się kiedyś na niej nagromadziło.
Stoimy od dłuższego czasu w tym samym miejscu i czujemy, że
najprościej byłoby się upić. Pójść do pobliskiej knajpy, usiąść przy stoliku i
chlać najgorsze wino. Bo cóż innego można zrobić, jeśli braknie już konceptu,
jest wieczór, port, który się zna i kraj, który został setki mil za nami? Tylko
chlać, ile wlezie, trzeźwieć i znowu chlać. Wtedy jest wszystko jedno, że ktoś
komuś kiedyś coś powiedział i ma się gdzieś godność osobistą.
Błogosławiony jest bożek z antałkiem, zamiast żołądka.
Brata wszystkich, bez względu na usposobienie. Jest tolerancyjny do granic
możliwości i pozwala znaleźć wspólny język nawet z tymi, których się nie
rozumie. Ujawnia ogrom sił witalnych i bada, na jak długo są w stanie
wystarczyć. Sprawia, że bardzo szybko schnie kieszeń i idzie się spać z
niezdrową dziewczyną, aby wysuszyć kieszeń do reszty…
CD w książce...
DZIEWIĘĆDZIESIĄTY DZIEŃ
Jest późne popołudnie. Pora, którą trudno tutaj, na Oceanie
Indyjskim, odróżnić od wieczoru. Statek ciężko przewala się na boki, tonie w
strugach piany obmywającej pokład. Ciężkie zwały fal toczą się spod krańców
widnokręgu i wyrastają ruchomą ścianą tuż przed burtą. Dziób wznosi się
gwałtownie i ryje w zielonkawych dolinach. Przez kadłub przebiegają drgania,
długo niegasnące, jak dreszcze w śmiertelnie znużonym ciele…
„Już szósty dzień sztormu. Wydaje się, że ten przelot nigdy
się nie skończy”, myślę i odrywam się od szyby, pokrytej gęstymi kryształkami
soli. „Do Capetown jest jeszcze co najmniej tydzień podroży. Uciążliwy jest
wrzesień na południowej półkuli”…
Rozpoczynam spacer w poprzek sterówki. Balansuję ciałem i
wspinam się, albo przyśpieszam kroku w takt głębokich wahnięć kadłuba. Kapitan
z zazdrością patrzy na moją sylwetkę. Jest już stary. Ma siedemdziesiątkę na
karku, ale jakoś nie może jeszcze zdecydować się na emeryturę.
Przechodzę do nawigacyjnej, aby wypełnić dziennik po kolejnej
godzinie wachty. Kapitan nie lubi, kiedy opuszcza się sterówkę. Nie jestem więc
zdziwiony, że wkrótce pojawia się przy mnie i pyta:
– No i jak tam?
– Barometr cały czas leci w dół, panie Kapitanie.
– No tak, ale nie jest jeszcze tak źle, panie Czwarty. – Siada
z ulgą na kanapce i wyciąga przed siebie obolałe nogi. – Powinien niedługo się
zatrzymać. Myślę, że najgorsze już minęło. Ile jeszcze zostało do Capetown?
Pochylam się nad mapami i liczę. Gdyby nie wszechobecna,
hałaśliwa praca maszyny, można by było powiedzieć, że zapadła cisza. Staremu
zamykają się oczy.
– Panie Kapitanie, panie Kapitanie!
Otrząsa się z chwilowej drzemki.
– Dziesięć dni, panie Kapitanie.
– A prędkość?
– Dwanaście i pół węzła.
– Dwanaście i pół… Trzyma nas jednak ten wiatr.
– To nie wiatr, panie Kapitanie. Mechanicy skręcają obroty,
jak tylko powieje. Oni już to mają we krwi.
– Trzeba przecież oszczędzać maszynę – zgadza się i
spogląda na zegar. Za dziesięć ósma. Jeszcze posiedzi z pół godziny. Skontroluje
zmianę wacht i sprawdzi, w jakim stanie jest dzisiaj Trzeci, który od portu w
Australii chodzi przygnębiony i milczący. Raz nawet upił się do nieprzytomności
i Kapitan musiał stać za niego na wieczornej wachcie. Oczywiście, nazajutrz
zawołał go do siebie i zażądał wyjaśnień. Trzeci jednak uparcie milczał i nie
zareagował nawet na groźbę wpisu do dziennika. Kapitan z pewnością będzie
próbował jeszcze z nim porozmawiać, szczerze i po przyjacielsku. Człowiek
przecież zmienia się podczas tak długiego rejsu. A rejsy do Japonii i Australii
są szczególnie uciążliwe. Sto dwadzieścia dni podróży, rozłąka z najbliższymi,
tęsknota, samotność. Nie zrekompensują tego sporadyczne kontakty towarzyskie z
pozostałymi członkami załogi. Cztery miesiące, podczas których wiele mogło się
wydarzyć tam, na lądzie, bez naszego udziału.
Kapitan przyzwyczaił się już do tej pracy, dziwnej, niebezpiecznej
i przyciągającej, jak narkotyk. Pięćdziesiąt lat pływania! Nie wyobraża sobie,
że mógłby kiedykolwiek pomyśleć o innym zawodzie. Ale dla nas tęsknota i
samotność są szczególnie trudne do zniesienia.
Zegar wybija cztery podwójne uderzenia. Cztery „szklanki”,
jak na poczciwych staruszkach żaglowcach. Godzina dwudziesta. W sterówce zwykła
krzątanina, jak przy zmianie wacht.
Wypełniam dziennik, zapisując ostatnie dane. Wiatr southwest 11 do 12 stopni Beauforta,
powoli skręca na south. Jeśli tak dalej
pójdzie, trzeba chyba będzie sztormować.
– Trzeci już jest, tak? – upewnia się Kapitan.
– Nie ma jeszcze, panie Kapitanie – odpowiadam – posłałem
marynarza, żeby sprawdził. Najprawdopodobniej zaspał.
Kapitan otwiera drzwi wiodące na skrzydło. W ogrzaną, bezpieczną
atmosferę sterówki wdziera się chłód i wściekły szum wiatru. Powietrze mętne
jest od wodnego pyłu. Topowe światła wloką za sobą białawe smugi, jak mleczne
wąsy w czasie mgły. Kapitan wystawia twarz ponad wiatrochron na siekące podmuchy.
Otwiera usta i zachłystuje się wtłoczonymi kropelkami.
– No i co, panie Czwarty – krzyczy w głąb sterówki –
znalazł się Trzeci?
–- Nie ma jeszcze - odpowiadam – marynarz twierdzi, że
drzwi do kabiny są zamknięte.
– Jak to, zamknięte? Przecież budził go chyba na wachtę?
– Chyba tak – mówię i wołam: – panie Piątek, co z tym Trzecim?!
Budził go pan o wpół do ósmej?
– Budziłem, panie Czwarty.
– Był w kabinie?
– Nie, nie było go.
– No to jak go pan budził?
– Właściwie, to go nie budziłem. Kiedy zobaczyłem, że kabina
jest zamknięta i na pukanie nikt nie odpowiada, to pomyślałem, że poszedł
gdzieś. Może do mesy, albo do kogoś pogadać. Zawsze, jak był w kabinie, to
drzwi na klucz nie zamykał.
– Panie Piątek, niech pan idzie z drugim wachtowym i
jeszcze raz uważnie go poszuka – mówi Kapitan – Wybijcie właz awaryjny w
drzwiach jego kabiny. Może mu się coś stało. Trzeba to jak najszybciej
sprawdzić. A potem obejdźcie wszystkie kabiny załogowe. Ale najpierw zawołajcie
Drugiego, niech przyjdzie tutaj.
– A co ze sterem, panie Kapitanie?
– Czwarty za nim stanie.
Statek przechyla się ciężko z boku na bok. Słychać, jak ze
stołu w nawigacyjnej zsuwają się mapy, trójkąty i cyrkiel i jak po kolei
spadają na podłogę. Z trudem utrzymuję kurs. Do sterówki wchodzi Drugi.
– Panie Drugi, wie pan, dlaczego pana zawołaliśmy?
– Wiem, podobno szukają Trzeciego.
– No właśnie – wzdycha Kapitan i odwraca się plecami do
okna. – Kiedy pan go ostatnio widział?
– Niedawno, na kolacji. Wpadł na chwilę i powiedział, że dużo
nie będzie jadł, bo ma jeszcze coś do roboty.
– Co do roboty?
CD w książce...
WRAŻENIA
s/v „DAR POMORZA”
Santa Cruz, 8 maja, 1967 r.
Jest już prawie całkiem ciemno. Szybko zapadający zmierzch
zapala pojedyncze światła nad opustoszałą keją. Słońce już dawno zniknęło za
rozgrzanym horyzontem. O tej porze żaglowce nie powinny opuszczać portów.
Santa Cruz pogrąża się w rozgorączkowanym, przedwieczornym
ruchu. Jestem znów na „Darze Pomorza”, tym razem jako instruktor w rejsie szkoleniowym
z pierwszym rocznikiem Szkoły Morskiej. Stoimy w szeregu na pokładzie, zwróceni
twarzami do miasta. Przed chwilą zabrzmiał dzwonek alarmowy i rzucono już
pierwsze cumy. Czekamy jeszcze, aż zejdą ze statku spóźnieni goście. Po kilku
minutach wychodzi z kubryku trzynastoletnia dziewczynka. Odprowadzający ją
marynarz całuje serdecznie jej policzki. Dziewczynka płacze. Mówi coś przez
łzy, w łamanym niemieckim języku.
– Kto to jest? – pytam stojącego obok mnie Bosmana.
Bosman dokładnie nie wie.
– To Józefina – odpowiada – była na statku razem z ojcem.
Dzisiaj też z nim przyszła. Chce popłynąć razem z nami, dlatego płacze.
Józefina stoi już na kei razem z ojcem. Starszy, trochę
pijany człowiek tuli ją niezdecydowanie i wymienia ostatnie pożegnalne słowa z
załogą. Padają mieszane, niemiecko-fińskie wyrazy. Józefina szlocha. Po jej
mokrej twarzy spływają łzy. Nagle wyrywa się i szybko wbiega z powrotem na
pokład. Chwyta marynarza za rękę i gorączkowo o coś błaga.
Jest mi bardzo przykro. Nie lubię patrzeć na płaczące
dzieci. Kucharz, oparty o reling, mówi:
– Ona nie chce zostać w Santa Cruz. Musi być jej bardzo
źle. Ojciec bez przerwy pije, a matka zginęła w wypadku samochodowym. Była
Finką, a ojciec to Niemiec, urodzony w Związku Radzieckim.
W oczach małej Józefiny maluje się rozpaczliwa nadzieja.
Rozumiem ją doskonale. Obce miasto, brak matki i rodzinnego ciepła. Tutaj, na
statku, zetknęła się z niekłamaną serdecznością i może po raz pierwszy od wielu
miesięcy ujrzała przyjazne twarze.
Niestety, czas szybko mija. Musimy opuścić port.
Komendant, zniecierpliwiony, woła:
– Kończcie już pożegnanie!
Józefina, płacząc, schodzi na keję. Ojciec znowu przyciska
ją do siebie bezradnym gestem. Wygląda na całkowicie otępiałego. Stoi
nieruchomo i nawet nie próbuje jej pocieszać.
Jest coś przerażająco beznadziejnego w tej smutnej scenie.
Wszyscy wiedzą przecież, że niemożliwa jest teraz podróż Józefiny do Polski.
Świat dorosłych jest wyjątkowo bezwzględny.
„Dar” powoli odchodzi od kei. Za burtą wyrasta coraz
szersza przestrzeń czarnej wody. Machamy Józefinie, która kiwa nam pożegnalnie
ręką i znika z ojcem za stojącym nieco dalej statkiem. Oddychamy z ulgą.
– To musiało być dla niej ciężkie przeżycie – mówi Bosman –
chciała robić na statku wszystko. Podawać do stołu i sypiać na krześle. Byleby
tylko z nami popłynąć.
Jesteśmy już ponad sto metrów od nabrzeża. Łańcuch kotwiczny
miarowo odciąga statek coraz dalej.
Wtem, na kei znowu pojawia się drobna sylwetka dziewczynki.
Musiała wyrwać się ojcu. Biegnie szybko i zatrzymuje się tuż nad krawędzią
basenu. Kilkakrotnie nabiera rękoma rozmach i skacze do wody.
Chwila osłupienia trwa bardzo krótko. Z relingu odrywa się
dwóch ludzi i płynie dziewczynce na pomoc. Szybko przesuwamy trap na lewą
burtę. Józefina wynurza się na powierzchnię i pewnymi, zdecydowanymi rzutami
rąk płynie w kierunku statku.
Spotykają się w połowie drogi. W minutę później, podpływa
motorówka pilotowa. Widzę z daleka, że dziewczynka gwałtownie usiłuje wyrwać
się i znowu skoczyć do wody. Na kei czeka już policjant. Ojciec znikł bez
śladu…
Z dziwnym żalem opuszczamy Santa Cruz, to niespokojne
miasto, wpięte w brunatne skały. Żegnamy także małą Józefinę, której dziecięce
serce wykluczyło możliwość rozłąki. Przed nami cztery tysiące mil podróży.
Trzydzieści dni nieustannej obecności atramentowej fali Atlantyku. Jutro,
najprawdopodobniej postawimy żagle.
Atlantyk, 9 maja, 1967 r.
Pierwszy dzień podróży. Właściwie niczym nie różni się od
dni krótkich morskich przelotów. Gdy wypływaliśmy z Gdyni, mówiono: – „Dar Pomorza”
idzie do Montrealu, czeka go skok przez Atlantyk!
Szumnie i poważnie to brzmiało. Przecież sam Montreal nie
jest aż taką atrakcją, a „skok” to nic innego, jak nieco dłuższy pobyt w morzu.
Czekają nas przecież zwykłe trudy, jakie towarzyszą każdemu rejsowi. Chociaż
termin zawinięcia do portu jest rzeczywiście wyjątkowo odległy i teraz lepiej
nie zastanawiać się nad nim. Mamy stanąć przy kei dopiero 10 lub 15 czerwca.
W rejsie jesteśmy całkowicie zdani na kaprysy pogody. Mały,
pomocniczy silniczek „MANN” nie bardzo może poradzić sobie z przeciwnym
wiatrem. Wątpliwa jest także jego pomoc podczas sztormu. Całą nadzieję
pokładamy więc w żaglach. Z resztą, takie jest założenie – pokonać Atlantyk
wyłącznie na żaglach. Sprawują się one niejednokrotnie znacznie lepiej, niż
dobre silniki okrętowe. Mają bardzo ważną zaletę – przy sprzyjającym wietrze
stają się niezawodne. Prędkość „Daru” może wtedy dochodzić nawet do 17 węzłów.
Dzisiejsza pogoda nie należy do zbyt pomyślnych. Włóczymy
się mila za milą i dopiero przed godziną straciliśmy z oczu Gran Canarię i
Tenerifę. Musimy zejść przynajmniej pięć stopni na południe. Złapiemy wtedy
skręcające w prawo wiatry Wyżu Azorskiego i znajdziemy się w zasięgu oddziaływania
pasatów. Pięć stopni to trzysta mil – dwa i pół dnia podroży przy dotychczasowej
prędkości.
Motorowce, udające się z Europy Zachodniej do Ameryki, idą
przez Atlantyk najkrótszą drogą, po tzw. ortodromie. W ten sposób znacznie
zyskują na czasie. Nie mogliśmy pójść w ich ślady, ponieważ wieją tam
przeciwne, północno-zachodnie i zachodnie wiatry. Wykorzystamy je w drodze
powrotnej.
Wyż Azorski zlokalizował się w rejonie średnich szerokości
Północnego Atlantyku. Jest on stałym ośrodkiem wysokiego ciśnienia,
najaktywniejszym w miesiącach letnich. Na około trzydziestym stopniu szerokości
północnej spotyka się z północno-wschodnim pasatem i tworzy dogodne warunki dla
żeglugi pod żaglami. Oczywiście granica ta jest ruchoma i może ulegać rozmaitym
zakłóceniom.
Znajomość prądów i rozkładu ośrodków wyżowych i niżowych,
doprowadziła do powstania tzw. południowej ruty żaglowców. Była ona
wykorzystywana przez słynne klipry, idące z ładunkiem do Ameryki. Biegła od
ujścia Kanału La Manche, wzdłuż Hiszpanii, Wysp Kanaryjskich, Zachodniej Afryki
i zakreślała spłaszczony łuk w kierunku Nowego Jorku.
Rutą tą posłużymy się tylko częściowo. Teoretyczne
założenia podróży przewidują kursy bardziej skierowane ku północy. Rokowania
są, jak dotąd, pomyślne. Sprzyjająca pora roku, dobra pogoda i zadowalający
stan techniczny statku. Zobaczymy, jak potoczą się wypadki w praktyce.
CD w książce...
m/s „TORUŃ”
Reda Rouen, 15 października, 1969 r.
Rejs właściwie nie zaczyna się dla nas na dobre z momentem
rzucenia cum. Każdy z nas dźwiga ze sobą jeszcze zbyt świeży bagaż wspomnień z
ostatniego postoju w kraju. Wspomnienia te nie tracą na swojej aktualności
nawet w kilkanaście dni po wyjściu ze Szczecina, a w wielu wypadkach zachowują
swoja moc przez cały rejs. Wielokrotnie powielane, stają się niespełnionym
pragnieniem przeżycia ich jeszcze raz.
Najtrudniejsze są pierwsze doby samotności, chociaż tak naprawdę
nie jesteśmy sami. Przecież funkcjonujemy w kręgu ludzi, związanych ze sobą
tymi samymi zainteresowaniami zawodowymi i stanowimy razem ściśle współpracująca
ze sobą społeczność. Ten specyficzny rodzaj samotności, to tęsknota i przykre
uczucie oderwania od najbliższych osób i od związanych z nimi spraw, w których
przecież nadal powinniśmy uczestniczyć.
Kiedy statek wybierze ostatnie cumy i powoli pozostawia
opustoszałą keje, daję się ponieść odrobinie melancholii. Smutno mi, że muszę
opuszczać miasto, że jeszcze parę godzin temu mogłem rozmawiać z żoną, żal mi
zimy, albo wiosny, której dalszego ciągu nie będę już oglądał. Odpływam ze
swoim warsztatem pracy, do którego będę przywiązany przez cały rejs i który,
siłą rzeczy, będzie moim domem.
Uważam, że zawsze istnieje pewne ryzyko w ujawnianiu i określaniu
uczuć, rządzących nami w tej specyficznej podróży, jaką jest rejs. Nie wiem bowiem,
czy można znaleźć zrozumienie u ludzi, których całe życie skupia się wokół
spraw i problemów ściśle związanych z lądem. W przeciwieństwie do nas, większość
z nich może wrócić do domu, zjeść obiad, a potem spokojnie obejrzeć program
telewizyjny. Nic ich nie obchodzi miejsce pracy, aż do godziny ósmej rano
następnego dnia. Mogą oni w wolnych chwilach na przykład pójść do teatru, do
kina, albo odwiedzić znajomych. Wszystko to składa się na atmosferę odpoczynku
i odprężenia, nieodzowną do pogodnego i racjonalnego życia.
Uważają nas za elitę i wybrańców losu. Często rozmawiam z
ludźmi, którym udało się spędzić kilka miesięcy na morzu, w wygodnej kabinie
pasażerskiej. Prawie zawsze stwierdzali beztrosko: „macie wspaniałe życie,
narzekacie, bo jesteście rozpieszczeni i zdegustowani, cieszcie się, świat stoi
przed wami otworem…”
Świat rzeczywiście stoi przed nami otworem. Jest on jednak
widziany przez pryzmat portowych miast i jego atrakcyjność zależy od linii, na
której statek aktualnie pływa. Tak się złożyło, że już przeszło półtora roku
jestem na linii zachodnio-afrykańskiej. Znam wszystkie porty, zwyczaje ludzi,
najciekawsze muzea i zabytki. Pozostała tylko i wyłącznie praca i obowiązek,
które zapewniają mi utrzymanie i podstawę bytu.
Oczywiście nie jest to pozbawione romantyzmu i piękna, bo
przecież w tym, co się wykonuje, trzeba umieć odnaleźć radość i satysfakcję.
Niewesołe są myśli, towarzyszące pierwszym dniom rejsu.
Trzeba jednak je jak najszybciej stłumić i mocno osiąść w realnej
teraźniejszości.
Minął już przeszło tydzień od opuszczenia kraju. Czas najwyższy
poddać się trybom statkowej egzystencji. Zdążyliśmy zawinąć do Rotterdamu i Dunkierki,
a teraz, od kilku godzin stoimy na redzie Rouen. Miał to być ostatni port
załadunkowy w Europie, ale rozpoczęty od dzisiaj strajk dokerów, sparaliżował
pracę wszystkich francuskich portów. W związku z tym, wkrótce podniesiemy
kotwicę i weźmiemy kurs przez Kanał La Manche na Zatokę Biskajską.
Trzeba nam życzyć sprzyjających wiatrów, ale prognozy pogody
nie zapowiadają łaskawej aury. Obawiam się, że groźne zazwyczaj Biskaje i tym
razem nie będą szczędzić nam swoich niespodzianek.
W każdym razie, odnotowuję w dzienniku – REJS ROZPOCZĄŁ SIĘ
NA DOBRE.
Zatoka Biskajska, 16 października, 1969 r.
Zapanowało istne piekło. Jest godzina szósta po południu. Z
trudem utrzymuję równowagę, półleżąc na koi. Moja niewielka maszyna do pisania
szczerzy wszystkie czcionki i boleśnie uciska mój brzuch. Nie zdziwiłbym się, gdyby
nagle wychyliła się za burtę w paroksyzmie morskiej choroby. A ja, wierny zasadzie,
że najlepiej opisuje się wrażenia na gorąco, dzielnie walczę z zajadłym
kołysaniem i głębokimi przechyłami.
Tak jak przewidywaliśmy, już wczoraj wieczorem pogoda wyraźnie
się popsuła. Podczas całego przelotu przez Kanał La Manche wiał silny zachodni
wiatr, ciśnienie spadało i nic nie wróżyło poprawy na najbliższe doby. A kiedy
dzisiaj rano, na mojej wachcie, zwrotem koło Ushant skierowałem statek na
Zatokę Biskajską, sztorm zaczął bardzo dawać się nam we znaki. Oceniając
fachowym okiem, nie można stwierdzić, że należy on do bardzo silnych. Wieje
przecież w porywach tylko dziewiątka w skali Beauforta i gdyby wiatr ten
skręcił bardziej na północ, niewiele by się go odczuwało. Niemniej jednak, przechyły
boczne dochodzą do 30°. Statek grzęźnie w olbrzymich, ruchomych dolinach.
Nabiera dziobem tony wody, które rozpryskują się szerokimi strugami, aż na
szybach mostku.
Niespokojny staje się ten nasz dom i ten warsztat pracy. Można
sobie wyobrazić podobną sytuację na lądzie. Nieruchoma dotychczas podłoga mieszkania
zaczyna nagle stawać dęba. Meble gwałtownie zmieniają swoje położenie, w kuchni
lecą garnki, tłuką się talerze, trzaskają drzwi i na domiar złego ktoś złośliwy
oblewa z zewnątrz szyby wodą. Przerażony lokator ostrożnie przesuwa się wzdłuż
ścian i nagle nowe wahnięcie przewraca wszystko do góry nogami. To ciągłe,
uciążliwe kołysanie przyprawia go w końcu o mdłości, więc kładzie się zielony
do łóżka. Klnie przeciwny los i, zwinięty pod kołdrą, usiłuje przetrwać.
Na morzu, właściwie nie ma po co kląć. Ten złośliwy, bluzgający
wodą Neptun nic sobie nie robi ze złorzeczeń, a szczególnie nie znosi, kiedy
się na niego gwiżdże. Wtedy, półnagi i szatańsko uśmiechnięty, zgarnia jeszcze
większe fale i przygania silniejsze wichry.
Sztorm, czasem trwający kilka dni, utrudnia życie na
statku, ale nie może go dezorganizować. Musi się ono toczyć utartym trybem. Nie
ma miejsca na chwile słabości i na morską chorobę. Kucharz, jak zwykle, przygotowuje
posiłki, stewardzi sprzątają, podają do stołu, mechanicy i motorzyści pełnia
służbę w maszynowni, oficerowie pokładowi i marynarze na mostku.
Ponadto trzeba być przygotowanym na podjęcie natychmiastowego
działania w przypadku zaistnienia niebezpiecznych sytuacji. Silne przechyły
statku mogą doprowadzić do uszkodzenia ładunku lub go przemieścić. Towar,
przesunięty na jedną burtę, powoduje stały przechył, który pogłębia się w miarę
kolejnych uderzeń fali. Może spowodować nawet wywrócenie się statku i jego
zatonięcie. Porywisty wiatr i fala niszczą osprzęt, wybijają szyby, czasem
potrafią uszkodzić mocne zewnętrzne konstrukcje kadłuba.
W momentach szczególnie ciężkich kapitan decyduje się na
sztormowanie. Skierowuje statek dziobem pod wiatr i fale, redukując prędkość.
Osłabia się w ten sposób niszczące działanie fal i zmniejsza boczne kołysanie,
ochrania ładunek wieziony na pokładzie. Jednak podróż tym samym ulega „zawieszeniu”.
Kurs pod wiatr przeważnie nie odpowiada trasie do portu docelowego. Statek
brnie, powoli obracając śrubą, jak wielki stwór, nastawiony na przetrwanie.
Dochodzi godzina dwudziesta. Za chwilę będę musiał pójść na mostek. Jak
zwykle, o tej porze wypada moja wieczorna wachta. Może właśnie na niej pogoda
ulegnie poprawie
CD w książce...
m/s „ZIEMIA LUBUSKA”
Atlantyk, 17 czerwca, 1970 r.
Dzisiaj rano przeszliśmy trawers Monrowii. Spokój na Oceanie
i zupełny brak statków. Cisza, bezkres, dłużące się wachty.
Upał wzmaga się. Mamy już prawdziwy tropik, +36ºC w cieniu,
temperatura wody zaburtowej +32ºC. Nie ma mowy o chłodnej kąpieli. Na domiar
złego, ogólna klimatyzacja nie działa najlepiej i ludzie klną na panujące
gorąco w kabinach.
Jutro przekroczymy Równik, toteż statek już od rana został
opanowany przez Trytona i Diabłów. Muszę przygotować sobie „lekarski warsztat”,
w którym nie może zabraknąć różnych mikstur i wydmuszek z farbą.
„Niewiernych” jest siedemnastu, w tym cały hotel, łącznie z
Ochmistrzem. Ochmistrz ciężko przeżywa chrzest. Przewiduje, że zrobią mu tęgą
łaźnię, bo nie wszyscy są z niego zadowoleni. Szefowa także nie była chrzczona
i bardzo się tego boi. Przez cały czas podlizuje się Diabłom, mówiąc im, że
ślicznie wyglądają.
Atlantyk, 18 czerwca, 1970 r.
Chrzest równikowy odbył się między bakiem a II ładownią. O
godzinie 13.00 zagoniono neofitów pod bak i wsadzono do kojca, ogrodzonego
liną. Stamtąd po sześciu wędrowało do dużej kadzi, napełnionej morską wodą i
doprawioną różnymi „wonnymi” dodatkami. Był to rodzaj poczekalni przed
gabinetem lekarskim, z której kolejno byli wywoływani na stół operacyjny.
Lekarzem byłem oczywiście ja, w odpowiednim stroju: fartuch,
biała czapka na włosach z nylonowych nitek, druciane okulary i lusterko
laryngologa. Badanie i zabiegi odbywały się ustalonym trybem. Najpierw
osłuchanie za pomocą gumowych przyssawek, używanych do przepłukiwania zlewu,
potem masaż deską i miotłą z wikliny, prostowanie garbu prostokątnym wałkiem i
aplikowanie odpowiednich lekarstw. Przygotowałem do tego celu cztery rodzaje
mikstur na bazie herbaty. W pierwszej dodatkiem była sól, w drugiej maggi i
dżem, w trzeciej chrzan i musztarda, a w czwartej pieprz i ketchup. Stawiałem
także bańki, którymi były wydmuszki, napełnione czerwoną farbą oraz aplikowałem
okłady z borowiny (mieszanka oleju i smarów) i górskie powietrze (wiszenie nad
pokładem w siatce ładunkowej).
Po borowinie i górskim powietrzu, delikwent odwiedzał fryzjera,
a potem, czołgając się przez „rekina” (rodzaj brezentowego rękawa, służącego do
łapania powietrza, w celu wentylowania pomieszczeń), stawał w końcu przed
obliczem Neptuna. Neptun uroczyście nadawał mu imię, które uprzednio sobie wybrał.
Mimo tradycyjnie nieprzyjemnej procedury, chrzest został przyjęty przez
neofitów ze zrozumieniem i humorem. Stali się odtąd pełnoprawnymi członkami
marynarskiej braci.
CD w książce...
m/s „KOPALNIA MARCEL”
Gdynia, 18 października 1971 r.
O godzinie 22.10 szczęśliwie dobrnąłem do statku. Wróciłem z dworca, gdzie żegnałem
wyjeżdżającą do Warszawy żonę po kilku spędzonych razem dniach. Drogę powrotną
przebyłem w szaleńczym tempie, bowiem wyjście w morze zaplanowano na godziny
nocne. Do kabiny wszedłem spocony jak mysz kościelna. Przebrałem się
natychmiast, ochłonąłem trochę i postanowiłem napisać parę słów, bo pustka w
kabinie stała się tak dotkliwa, że nie zniósłbym bezczynności.
Minęła 22.45.
Myślę o Niej. Jej obecność jeszcze czuję tutaj, ale wiem,
że Ona teraz odjeżdża. Niech Ją prowadzi dobry los. Niech dojedzie szczęśliwie
do Warszawy, odpocznie po naszych szaleństwach i przygotuje dom na mój powrót.
Moje oczy są pełne Jej. Wiem, że gdy je zamknę, pojawi się przy mnie i znowu
będę mógł rozkoszować się Jej obecnością. Całuje usta, których mi ciągle za mało…
Bełty, 20 października, 1971 r.
Z Gdyni wyszliśmy o drugiej nad ranem poprzedniego dnia.
Jednak zamiast od razu rozpocząć podróż, rzuciliśmy kotwicę na redzie i
tkwiliśmy tam aż do godziny 9.30. Nieprzewidziany postój wynikł z awantury z
nowym Drugim Oficerem. Nie dość, że spóźnił się kilka godzin na „tablicę na
burcie”, to jeszcze był kompletnie pijany. Kapitan z miejsca zmustrował go,
musieliśmy więc do rana czekać na nowego. Tymczasem w biurze PŻM oświadczono,
że w tej chwili nie dysponują zastępstwem, więc Kapitan, rad nie rad, musiał
Drugiego przyjąć z powrotem.
Patrzą teraz na siebie bykiem. Stosunki nieciekawe. Drugi będzie
musiał zapłacić za przestój w porcie i na redzie. Oczywiście ma zmustrować ze
statku zaraz po tym rejsie.
Płynę na stanowisku Trzeciego Oficera. Kapitan niespodziewanie
przydzielił mi Asystenta. Z pewnością chciał się w ten sposób zemścić na
Drugim, ale wiem także, że zmiana ta nastąpiła na prośbę samego Asystenta,
który stwierdził, powołując się na poprzedni rejs, że ode mnie nauczy się o
wiele więcej. Cieszę się z tego, będę miał trochę mniej pracy na wachtach.
Morze Północne, 21 października, 1971 r.
Weszliśmy w potężny sztorm. Zaczęło dmuchać już na Bałtyku,
ale stan morza nie był jeszcze tak wysoki. Dopiero tutaj rozhuśtało się na
dobre. Na domiar złego na statku zdarzył się wypadek. Opisuję go niemal na
gorąco, nadal czując zdenerwowanie.
Bezpośrednio po objęciu przeze mnie porannej wachty, obluzowały
się beczki pod bakiem i jeszcze coś w samym magazynku. Pierwszy Oficer, czyli
Chief, postanowił pójść tam razem z Bosmanem. Polecił mi dać „pół na przód” bez
zmiany kursu, zamiast odwrócić statek rufą do wiatru i fali, i wyszli na
pokład. Był to w panujących warunkach krok
niemal samobójczy. Nawet nie powiadomili o tym Kapitana, który spał.
Wszystko przebiegało sprawnie aż do momentu, kiedy nagle na
pokład wdarła się wysoka fala, zakrywając cały dziób. W chwilę po tym
ujrzeliśmy Bosmana, prowadzącego zakrwawionego Chiefa.
Obrażenia okazały się
bardzo poważne. Chief, porwany przez falę, wpadł na burtę i rozbił sobie
głowę aż do kości, uszkodził kość policzkową, połamał żebra i przeciął ścięgna
lewego uda. Nie mogliśmy sami mu pomóc. Stracił dużo krwi, a od najbliższego
portu dzieliły nas 4 godziny. Natychmiast połączyliśmy się z pobliską
nabrzeżną stacją ratowniczą, która
bardzo szybko przysłała helikopter sanitarny.
Akcja zdejmowania Chiefa z pokładu przebiegała jak w sensacyjnych
filmach. Ze śmigłowca, zawieszonego nad targanym falami statkiem, opuścił się
ratownik wraz z ze specjalnie przystosowanymi do tego noszami. Dopiero po kilku
próbach udało mu się trafić na pokład. Z pomocą
Bosmana umieścił w noszach rannego, i podciągnięty do góry odleciał w
kierunku lądu.
Rejs zaczął się pechowo i oby nie był to zły omen na dalsze
tygodnie. Nie możemy go przerwać i czekać na wieści o Chiefie. Płyniemy dalej,
a Kapitan przesunął pozostałych oficerów pokładowych o stanowisko wyżej. Nie
wiem tylko, czy będzie się to łączyło ze zmianą funkcji i płac. Jest to mi
zresztą obojętne. Od dzisiaj więc jestem pełniącym obowiązki Drugiego Oficera.
CD w książce...
LIRYKA
W PODRÓŻY
W podróży
słychać zgrzyt
szarych komórek
Wkręcone
w tryby zegarów
poruszają palcami
wystukując rytm
alfabetu Morse`a
W głębi
poprzez nogi
i kłęby manometrów
pracują
przenosząc coś
z miejsca na miejsce
albo
odpoczywają
złożywszy gazetę
na nieruchomej twarzy
TĘSKNOTA
Istniejesz na przekór
wszystkiemu
i brak mi już sił
na ciągłe określanie
ciebie
Jesteś częścią
mojego istnienia
jak to
że muszę wstawać
o określonych godzinach
Nie widać świtu
zza zasłoniętych
bulai
nie ma go także
nad rozpostartym morzem
Krążę w takt
nieustannego kołysania
Wszechobecny ruch
CHLAM
CHLAM!
CHLaaaaaM!
To brzmi zupełnie jak
kołysanka
śpiewana przez
prostytutkę
Zamykam oczy w ciepłych
ramionach
i czuję kwaśny zapach
wina
Masz grube wargi
wywinięte
w poszukiwaniu wilgoci
Powiedz
czy odpowiada ci kropelka
wody
czy też dotyk
mojego mokrego języka?
A może wilgoć
innego rodzaju
wynikająca z przygodnej
miłości?
Zatracam się
w jednolitym kolorze
ciemnego pokoju
i twojej
skóry
Usiłuję już nawet
nie myśleć
że na krześle
wiszą moje spodnie
z portfelem wypchanym
pieniędzmi
PORANEK NA SZCZYCIE SANTA ISABEL
Dzień dobry
stara Murzynko
śpiewająca przy kontuarze
niezrozumiałe
pieśni
Dzień dobry
Murzynie
z wystającą z kieszeni
butelką Fundatora
I tobie
dniu
spełzający z gór
owiniętych
w mgliste chmury
Dzień dobry
Siedzę
w trzcinowym fotelu
chłonąc resztki
wilgotnej
nocy
Zza
zakurzonego szczytu
wytacza się słońce
powolne
jak przesycone upałem
zwierzę
Oblewa
trzcinowe chaty
i brzuchate dzieci
umorusane
czerwonym pyłem
Za parę chwil
dotknie
mojego bladego ciała
napełniając je
męczącym spokojem
CD w książce...
Jeśli Was zainteresowały zamieszczone fragmenty i macie chęć zapoznać się z całością, kliknijcie podany niżej link, aby wejść na stronę, z której można ją zamówić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz