niedziela, 6 maja 2012

Moje święto

Kończy się Wielki Tydzień Weekendowy, a wraz z tym zaczynamy odczuwać pewien niedosyt. Poświętowałoby się jeszcze trochę, a tu jutrem straszy PONIEDZIAŁEK!!!
Jak sobie z nim dać radę, jak go obłaskawić? Różne są metody. Nie będę ich wymieniał, bowiem ich skuteczność zależy od indywidualnych potrzeb i zachowań. Stosowane przez liczne pokolenia Polaków niosły im ulgę we wdrażaniu rozleniwionego "ja"  w kierat codziennych obowiązków. Skracały odległą perspektywę następnego weekendu.
Ja także wstałem dziś rano zniesmaczony myślą o rozpoczynajacym się Zwykłym Tygodniu. W zasadzie nie powinienem na nic narzekać, bo przecież już nie pracuję, ale tradycja każe, zwłaszcza, że horoskop taki jakiś ostrzegający: 

To czas duchowej samotności i głębokich transcendentalnych przemyśleń. Nie bierz na swoje barki więcej, niż dasz radę unieść, bo możesz stracić siłę potrzebną Tobie.

"Poważna sprawa", pomyślałem i z westchnieniem sięgnąłem po mój ukochany, acz sędziwy szlafrok, który co rok wyciagam z szafy z początkiem maja. Kupiony  w Chinach w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku (ależ to brzmi!!!), krótki i przewiewny, ułatwia mi przetrwać kolejne letnie sezony.
- Muszę ci kupić nowy szlafrok. Jest okropny i stary - usłyszałem za sobą. - Marszczy się z tyłu i jest podkasany.
- Dlaczego chcesz mnie pozbawić mojego ukochanego szlafroka? - spytałem retorycznie. - Jestem do niego bardzo przywiązany. Łączą mnie z nim wspomnienia i wspólnie przeżyte lata. Starzeje się razem ze mną. Noszone przez człowieka rzeczy, a zwłaszcza szlafroki, z biegiem czasu nabierają cech ludzkich. Moja skóra na pupie pomarszczyła się ze starości, nic więc dziwnego, że on w tym miejscu też.

"Mój ukochany szlafroku", pogładziłem go z miłością, "będziesz razem ze mną do końca. Wyrzucić cię, to tak jak zdradzić najlepszego przyjaciela. Na twoją cześć ustanawiam jutrzejszy poniedziałek moim prywatnym świętem"
"Jakim?", zaszeleścił, ocierając się o moje plecy.
"Świętem szlafroka".
"Dziękuję ci", zaszemrał, ciasno owijając mnie paskiem.

Tak, to z pewnością bardzo dobry pomysł. ŚWIĘTO WYSŁUŻONEGO SZLAFROKA.
Pomoże mi przetrwać "czas duchowej samotności i głębokich transcendentalnych przemyśleń", aby "nie brać na swoje barki więcej, niż dam radę unieść".

Wierzę w to, mimo że wyszyty na szlafroku w kilku miejscach symbol


może oznaczać różne dziwne rzeczy.


12 komentarzy:

  1. mozesz mi nie wierzyc, ale i ja mam taki szlafrok, tylko, ze jest chyba bulgarski i sprany i blekitny i mam go juz 25 lat. zdradzalam go z innymi szlafrokami i wracalam , raczylam praniem i odswierzaniem- bardzo dobre swieto wymysliles !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem zdrada ostatecznie przekonuje nas o miłości do "obiektu zdradzanego" :)

      Usuń
  2. Witaj
    No wiesz, jak tak można hołubić "zwykły szlafrok" ? :)
    Pozdrawiam mile :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To niezwykły fetyszyzm... Kręci mnie:)
      Szlafrokowe pozdrowienia.

      Usuń
  3. Czekam dziś na wpis na temat katastrofy IŁ-a 62 sprzed 25 lat. Latałeś tym samolotem, zginęli wtedy Twoi koledzy. O ile pamiętam, echa tej smutnej historii można odnaleźć w Twojej książce „Rok”.

    I co z tym lądowaniem w Modlinie? Błąd czy racjonalna decyzja w tamtych okolicznościach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na IŁ 62 na szczęście nie latałem. Byłem wielokrotnie na to nagabywany przez kierownictwo (jeszcze przede katastrofą), ale zaparłem sie czterema łapami (okazało się, że dobrze). Za to byłem w pierwszym rzucie szkolących sie na TU 154. Ta fatalna katastrofa (przyczyną której, z grubsza biorąc, było pęknięcie wału głównego turbiny na skutek nadmiernych wibracji) spowodowała, że w końcu zainstalowano dokładne szwajcarskie mierniki wibracji wału,co zdecydowanie polepszyło odczytywanie parametrów pracy silnika. (Jak zwykle, potrzeba tragedii, żeby coś udoskonalić). Echa tej katastrofy rzeczywiście są w ksiażce "Rok". Kolegów, którzy wtedy zginęli znałem z latania z nimi na poprzednich typach samolotów.
      Sprawy lądowania w Modlinie nie znam. Chętnie dowiem sie, gdzie o tym przeczytać.

      Usuń
    2. Sorry, mój komentarz tyczył pierwszej katastrofy IL-a 62, z roku 1981, powracajacego z Nowego Jorku, w którym min. zginęła Anna Jantar (lądowanie na 15 i rozbicie sie w fortach przed Aleją Krakowską). To właśnie echa tej katastrofy mozna znaleźć w "Roku".
      A jesli chodzi o tę sprzed 25 laty, to przyczyną było również pęknięcie wału. Tę załogę także znałem. Na marginesie - gdyby wówczas kapitan zdecydował sie podchodzić "z prostej", na pas 11 lub 15 (z wiatrem) miałby duże sznse na uratowanie się. Czas grał olbrzymią rolę (pożar) a wykonywanie proceduralnego zakrętu po przejściu Piaseczna znacznie wydłużyło podejscie. W efekcie samolot padł przed pasem w Lesie Kabackim.

      Usuń
    3. Jak się słucha nagrania i ogląda film z rekonstrukcją przebiegu wydarzeń z drugiego linku, ciarki przechodzą po plecach.

      Wtedy, w 1980 roku, byłem na miejscu katastrofy Iła. Chodziłem w pobliżu do podstawówki i natychmiast pobiegłem tam z kolegami. Pamiętam masę porozrzucanych elementów. Bardzo szybko przegoniła nas milicja.

      Usuń
    4. Zasmuciła mnie Twoja odpowiedź,że inne działanie kapitana zwiększyłoby szanse na uratowanie;/ Nie wiem dlaczego, ale świadomość,że nic nie można było zrobić,że zrobiło się wszystko, pomaga pogodzić się z rzeczywistością.Oglądałam niedawno kątem oka (wiem, wiem -nie mamy kąta oka z medycznego punktu widzenia;))program o jakieś katastrofie i utkwił mi tylko szczegół o pęknięciu wału.Nie zmienia to zakończenia, a jednak jest dla mnie łatwiejsze do przyjęcia, niż gdy zawodzi "czynnik ludzki" Właściwie sama nie wiem dlaczego.
      Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
    5. Oczywiście jest to moja subiektywna ocena. Wynika ona z moich 22 lat doświadczenia lotniczego.
      Ciesze się, że mnie odwiedziłaś!!!

      Usuń
    6. Właśnie dlatego mnie to zasmuciło -gdyby to powiedział laik pewnie nie zwróciłabym uwagi!A tym bardziej bym się nie przejęła.

      Usuń