środa, 26 grudnia 2012

Karp wigilijny


 
Dopadła mnie od rana reminescencja wierszowana i, nie powiem, tragiczna w swej wymowie:
 

Nie chciałbym być karpiem
bo go dylemat szarpie
odwieczny, jak wiecie.
Czy na Wigilię być w galarecie?
Czy też panierowany?
I duma zatroskany:
a może chyba
lepiej usmażonym być w grzybach
lub po żydowsku?
A tu życie wisi na włosku.
Już czai się pod łazienką
facet z uniesioną ręką,
w dłoni ściska tluczek.
Mamrocze: ja cię, karpiu, nauczę,
odechce ci się filozofowania!
Podskakuje do drania
i wali go po garbie...
No i koniec z karpiem!!!


sobota, 22 grudnia 2012

Żyjemy!!!

No i żyjemy.
 
Zauważę jednak brutalnie, że to jedynie odroczenie wyroku. No cóż, cała ludzkość żyjąc na tym padole przebywa zamknięta w swego rodzaju celi śmierci. Jednak litościwa Ziemia, nasz doczesny świat, umila nam pobyt złudzeniem wolności na tyle, że na co dzień zapominamy o czającym się końcu. Zapominamy też, że niepotrzebny jest globalny kataklizm, aby któregoś dnia opuścić ten świat. Przecież nie wiemy, co czeka nas, kiedy budzimy się i rozpoczynamy dzień. Czy zakończy się on szczęśliwie, czy też wylądujemy w szpitalu lub znajdziemy się pod kołami autobusu nieostrożnie podjeżdżającego do przystanku. Nie jesteśmy nawet pewni tego, czy obudzimy się, kładąc się wieczorem spać...
 
Jedni mogą być tym faktem przerażeni, a inni wręcz cieszyć się, że trwamy w nieświadomości. Jednak zarówno jedni, jak i drudzy nie zmienią tego, że egzystujemy na drobince, wirującej w niepojętej przestrzeni Wszechświata, w samym środku kosmicznej strzelnicy.
 
No, dość tego filozofowania. W łazience kąpie się karp. Ciekawe, co on na ten temat myśli?



środa, 19 grudnia 2012

Czy koniec?

Oj, chyba nie. Muszę rozczarować tych, którzy wybierali się już na Tamten Świat.
 
Majowie zrobili wszystkich w konia!!!! Zakończyli podstępnie swój kalendarz na dniu 21 grudnia 2012 roku, sugerując tym samym, że dalej to już tylko  katastrofa totalna i WIELKIE BUM.
 
A tu nie!!! Cwaniaki  obliczyli ciąg dalszy na następne parę tysięcy lat lat i ukryli go głeboko, na ścianach domu, który całkiem niedawno odkryli wścibscy archeolodzy w Gwatemali, w mieście Xultun, w tzw. pracowni uczonego. Inskrypcje na ścianach układają się w rzędy cyfr, tworzące nieznany dotąd kalendarz Majów, z którego wynika, że kataklizm nadejdzie dopiero za siedem tysiecy lat!  
 
Cyfry układają się we wspólne cykle kalendarzowe  i astronomiczne. Jest tam kalendarz ceremonii, liczący 260 dni, słoneczny, liczący 365 dni, oraz kalendarz oparty na Wenus i Marsie z 584 dniami i 780 dniami. Uczeni twierdzą, że chodzi tu o trzy systemy kalendarzowe Majów, jednak żaden z nich nie kończy się w dniu 21 grudnia 2012 roku. Zawarte w nich obliczenia jednoznacznie obejmują okres  siedmiu tysięcy lat, a więc wybiegaja daleko poza rok 2012.
 
A więc, moi drodzy, nie ma wyjścia - musimy żyć dalej:)))
 
Jednak, tak na wszelki wypadek, już dzisiaj życzę Wam Wszystkim zdrowych, miłych i radosnych Świąt, jeśli nie na TYM, to na TAMTYM świecie.
 
 


czwartek, 13 grudnia 2012

13 grudnia

To już trzydziesta pierwsza rocznica... Jak ten czas leci! Niby to już historia, ale jak wciąż żywa.
 
W 1981 roku miałem 37 lat. Od dziewięciu lat pracowałem w Polskich Liniach Lotniczych jako instruktor nawigator pokładowy. Stan wojenny spowodował zawieszenie wszystkich lotów, a załogi zostały zmobilizowane i zmuszone do oddania paszportów służbowych. Dyrektorem przedsiębiorstwa został generał Kowalski. Trwaliśmy w zawieszeniu aż do momentu, kiedy wznowiono pierwsze loty. W pierwszej kolejności, ponowne zezwolenie na wykonywanie obowiązków dostawali instruktorzy poszczególnych specjalności, aby mogli umożliwiać wznawianie nawyków po przerwie, sukcesywnie dopuszczanych do lotów kolegów.
 
Można powiedzieć, że w pewnym stopniu byliśmy uprzywilejowani, bowiem w czasie, kiedy granice były dla wiekszości ludzi zamknięte, mogliśmy je legalnie przekraczać. Mieliśmy też przepustki upoważniające nas do poruszania się w czasie trwania godziny milicyjnej.
Nie muszę dodawać, że często wykorzystywaliśmy swój status do przekazywania informacji i listów poza wzniesiony przez WRON żelazny kordon.
 
Stan wojenny jest kanwą, na której toczą się losy kilkorga bohaterów mojej ksiażki, p.t "ROK".
Poniżej zamieszczam jej fragment:
 
"Goście schodzili się praktycznie przez cały dzień.
Pierwsza wpadła Jolka. Zdyszana i przerażona osunęła się w płaszczu na fotel.
– Słyszałeś, co się dzieje?
Było około dziesiątej. Andrzej wstał właśnie z łóżka i bezskutecznie jeździł po skali UKF-u.
– Cholera, pewnie znowu remontują nadajnik. Cisza na wszystkich częstotliwościach.
Nie oderwał się od radia, kiedy Jolka weszła. Nie potrzebował otwierać drzwi, ponieważ dał jej kiedyś druga parę kluczy.
– Zostaw to radio, nic w nim nie znajdziesz.
– Jak to, nic? Nieczynne na wszystkich zakresach?
– Idioto, po jakiej ziemi ty chodzisz! – Jolka krzyknęła z niespotykana energią – Wojna, rozumiesz? Wojna!
Andrzej powoli podniósł się. Nieme radio świeciło wskaźnikami.
– Upiłaś się?
– Jeszcze nie, ale na pewno to zrobię. Jaruzelski wprowadził stan wojenny w Polsce!
– Stan wojenny? Po co? – Andrzej zadał to pytanie bezwiednie i zaraz zdał sobie sprawę z jego retoryczności. Spodziewał się przecież podobnego posunięcia już od dawna, może nie w takiej formie i nie tak szybko, niemniej jednak czuł, że od dłuższego czasu wisi coś w powietrzu.
– Tak, stan wojenny. Właściwie nie wiem dlaczego... – Jolka umilkła i tępo wpatrzyła się w kąt pokoju.
Przez chwilę rozdzwoniła się cisza. Zakłuła boleśnie w bębenki, pochłaniając mieszkanie, okno i wszystko, co się za tym oknem działo.
Andrzej podszedł i dotknął ramienia Jolki.
– Rozbierz się, Jola. Zrobię ci herbatę.
Podniosła wzrok w niemym zdumieniu.
– Co?
– Zdejmij ten płaszcz. Jadłaś śniadanie?
– Andrzej, jak... jak ty możesz – wyjąkała – jak możesz tak spokojnie... herbata... śniadanie... Andrzej...
– Ostatecznie nic się nie stało – powiedział to wbrew sobie, ot tak, po prostu, żeby opanować sytuację. – Nie denerwuj się – uprzedził jej atak. – Musimy to rozpatrzyć na zimno.
– Co tu rozpatrywać na zimno – Jolka z rezygnacją zaczęła zdejmować płaszcz. – Tu nie ma co rozpatrywać. Wszystko, wszystko, co dotąd budowaliśmy, zawaliło się. Wiesz, gdybym nie wiedziała, że jesteś sympatykiem „Solidarności”, to pomyślałabym, że z nimi współpracujesz.
– Z kim?
– No, z nimi. Z tymi z rządu.
Andrzej powiesił płaszcz i wszedł do kuchni.
– Co to ma do rzeczy – powiedział. – Wszyscy z nimi współpracujemy, czy tego chcemy, czy nie. Chociażby dlatego, że żyjemy w określonym ustroju.
Jolka powlokła się za nim jak cień i usiadła na stołku.
– Jedni się z tym godzą, inni nie – rzekła smętnie.
– A ty?
– Teraz  w ogóle nie mogę o niczym myśleć.
Andrzej powoli nalewał wodę do czajnika. Bezskutecznie usiłował zebrać myśli i naprędce ustosunkować się do zaistniałej sytuacji. Praktycznie nie wiedział, co niesie ze sobą określenie „stan wojenny”, odczuwał jednak niemiły dreszcz na karku i przykry skurcz serca, zwiastujący czający się strach.
– Byłaś na mieście? – spytał.
– Byłam.
– W centrum?
Jolka zbierała okruchy chleba, gniotąc je nerwowo.
– W centrum. Byłam na Szpitalnej i na Mokotowskiej. Andrzej, wygarniają naszych!
– Kogo?
– Likwidują wszystkie siedziby „Solidarności”. Na ulicach wojsko i oddziały ZOMO. Most Poniatowskiego obstawiony czołgami. Andrzej, tylko patrzeć, jak trafią do nas.
 Andrzej metodycznie kroił razowiec na cienkie kromki i rozsmarowywał na nich twarde masło.
– Masz coś na sumieniu?
– Nie mam.
– No to czego się boisz?
– Nigdy nie wiadomo za co człowieka zwiną. Andrzej, jak oni mogli... jak oni mogli tak postąpić? – Jolka chlipnęła kilka razy i rozpłakała się. Łzy ciekły jej po policzkach i Andrzej przypomniał sobie matkę, która po tysiąc razy opowiadała mu o tym, jak płakała na wieść o wkroczeniu Niemców do Polski. Porównanie może niezbyt adekwatne do aktualnej sytuacji, niemniej jednak słowo „wojna” zawsze kojarzyło mu się z Niemcami. Andrzej był, można powiedzieć, obciążony dziedzicznie. Wychowany w atmosferze okupacyjnych wspomnień, nienawidził szczerze tamtego czarnego okresu. Miłował spokój, kochał wolność i brzydził się przemocą. Może dlatego nie był jeszcze w stanie jasno sformułować swojego stosunku do wydarzeń, o których mówiła Jolka."
 
 
Ksiażka do nabycia w księgarni internetowej wydawnictwa ASTRUM. Można też kliknąć "Rok" po lewej stronie blogu, aby bezpośrednio tam wejść.


środa, 5 grudnia 2012

Myślcie co chcecie...

Myślcie co chcecie, ale ja wierzę w Świętego Mikołaja. Może nie w takiego jak inni wierzą, ale jednak.
 
Mój Święty wzrastał i ewoluował wraz ze mną. Kiedym dziecięciem niewinnym(?) był, Mikołaj jawił się jako nobliwy, stateczny osobnik, przyjazny, ale jednocześnie odległy i wymagający. Jego nieznoszące sprzeciwu żądania wykupenia prezentu drogą wydeklamowania jakiegoś wierszyka powodowały, że po plecach przebiegały mi ciarki, a nożyny uginały się pode mną.   Kiedyś, zmaltretowany i doprowadzony do ostateczności, wyraziłem swój sprzeciw wypowiadając drżącym głosikiem następujący czterowiersz:

Siedziałem za wychodkiem,
klepałem gówno młotkiem,
a gówno, jak to gówno,
klepało się nierówno.
 
Nie spotkalo się to ze zrozumieniem ze strony Rodziny, jednak od tego czasu Święty wręczał mi zabawki nie żądając  w zamian już niczego. 
Ten incydent utwierdził mnie w przekonaniu, że Mikołaj istnieje i że jest Jeden, Jedyny, bowiem w przeciwnym razie skąd by wiedział, że pytanie mnie o wierszyk łączy się z pewnym ryzykiem. Stał mi się przez to znacznie bliższy i żadne późniejsze uświadamianie, że Go nie ma, że to wymysł Dorosłych, nie znajdowało u mnie zrozumienia.
Nawet kiedy byłem już młodzieńcem o rozbudzonej wyobraźni erotycznej, nadal idealizowałem Świętego. On natomiast ochoczo (powiedziałbym nawet, że z pewną dozą wyuzdania)  dostosowywał się do moich marzeń, przybierając postać pięknej dziewczyny, ubranej jedynie w charakterystyczną czerwoną czapkę. Jednak prezentów już nie przynosił. To JA, siłą rzeczy, zmuszony byłem  przejąć tę funkcję.
Mimo wszystko,  w miarę stabilizowania się mego życia osobistego, Mikołaj odwiedzał mnie coraz rzadziej. Po pewnym czasie, Jego wizyty w ogóle ustały. Najwidoczniej zniechęciła Go postawa mej Stałej Wybranki. Co prawda prezenty pod choinką znowu  zaczęły się pojawiać, ale nie sprawiały mi już takiej radości jak niegdyś, podejrzewałem bowiem, że była to sprawka podszywajacych się pod Niego Dorosłych.
Dopiero od niedawna, odkąd przeszedłem na emeryturę, Mikołaj znowu zaczął przychodzić. Spędzamy ze sobą sporo czasu, jednak odbiega nieco od wersji, z których znałem Go z poprzednich lat.
 

   
  

niedziela, 25 listopada 2012

KAC

Słownik języka polskiego tłmaczy to słowo w sposób bardzo oszczędny: 
Kac - mieć kaca - czuć się źle po wypiciu wiekszej ilości alkoholu. (skrót od kacenjamer).
 
Natomiast Słownik wyrazów obcych jest bardziej precyzyjny: 
Katzenjammer - złe samopoczucie (nazajutrz) po przepiciu, kociokwik, kac, pochmiel, glątwa; przen. przykre otrzeźwienie, niesmak do siebie samego.
- nm. Katze "kot"; Jammer "narzekanie, boleść, nędza".
 
No tak, stąd ten polski kociokwik!!!
A niesmak do siebie samego to po prostu zwykły moralniak, zazwyczaj towarzyszący kacowi.
 
Wbrew pozorom nie piszę o tym dlatego, że czuję się podle po przepiciu, chociaż nie stroniłem wczoraj od przedniej nalewki tarninówki. Ilość nalewki nie spowodowała tego rodzaju negatywnych skutków, natomiast zmobilizowała mnie do przypomnienia światu o mojej książce, noszącej właśnie tytuł "KAC".
 

Jest to historia pewnego młodego oficera Polskiej Marynarki Handlowej, znajdującego się na tzw "zakręcie życiowym", co oczywiście skutkuje nie tylko kacem zwykłym ale i tym moralniakiem.

Książkę tę można kupić w księgarni internetowej wydawnictwa "Radwan". Link do niej można znaleźć w rubryce "Moje książki", po lewej stronie blogu u góry. Można też kliknąć "KAC" poniżej:
 

Dla zachęty przytaczam pierwszy rozdział:
  
        "Mam potwornego kaca.
 
We łbie wali mi tysiące młotów. Albo jeszcze gorzej – tysiące opętanych ciężką pracą, zdezelowanych i jęczących statkowych kabestanów. Przez zabrudzony bulaj wcieka niechętnie światło zupełnie obojętnego mi dnia. I kiedy tak leżę, w półśnie-letargu, napływa idiotyczne wspomnienie wczorajszego „festiwalu”…
 
„Franek, steward dejman, nachyla się nade mną i dyszy:
– Ty, zajrzyj do mojej głowy, ty...
Rozłupuję w myślach ten kokosowy orzech.
– I co? Co widzisz?
– Nic – odpowiadam.
– A krasnoludki? –Pyta. – Krasnoludków nie widzisz?
Może i ma te krasnoludki, albo nawet i palmę. Stanowczo za wcześnie odbija mu szajba.
W zadymionej kabinie jest nas tylko pięć osób, a atmosfera gęsta jak w starym, zatęchłym grobie nałogowego alkoholika, z tą tylko różnicą, że świeci się światło.
Franek ciężko opada na kanapę tuż obok swojej żony. Jest bardzo pijany, ale trzyma się całkiem nieźle. Naprzeciw, wtopieni w miękki materac koi, obejmują się – Wacek i też, psiakrew, jego żona. Stanowczo za dużo tych kobiet. Kobieta Wacka, dorodna i czerstwa, też ma już w czubie. – Nie pij – brzęczy mu nad uchem – nie pij tak dużo. Musisz jeszcze wykąpać dziecko.
Słyszę to jak przez mgłę, ale gwałtownym, pijackim ruchem zwracam ku niej głowę, aż zatrzeszczało w karku. – Wykąpie je w domu – mówię.
– Nie wykąpie. U nas, na wsi, nie ma prysznicu. Tylko tutaj można porządnie się umyć.
– Tak – potwierdza Wacek. – Niedawno wpadł tutaj kumpel ze «Skrzata» i dopiero wywalił gały. «Ale u was kabiny» mówił.
Nic dziwnego. «Skrzat» to parszywy kalosz. Raz tylko dałem się nabrać na jeden, jedyny rejs na nim, ale wtedy nie miałem innego wyjścia. Musiałem być często w Szczecinie, bo moja sprawa docierała właśnie do Izby Morskiej...
Przez chwilę usiłuję przełknąć ohydne wrażenie, nie zatarte jeszcze, ponieważ ten cały kram nie znalazł dotąd epilogu. Ciągnie się to już od września...
No więc, krótko mówiąc, musiałem być uchwytny przez panów tkwiących w Komisji Poawaryjnej, w PŻM i przeróżnych inspektoratach. «Skrzat» przeważnie chodził na południową Finlandię. Ale kiedy w zimie skuło lodem Zatokę Botnicką, zrobił parę rejsów na Anglię i wypadł z kolejki. I właśnie dlatego miał płynąć aż za Kwarki, prawie pod Koło Podbiegunowe. «Rejs», myślałem, «nie będzie ciężki. Trochę zarobię, a z nawigacją po Bałtyku zdążyłem się otrzaskać». Więc kiedy nadarzyła się okazja i kolega musiał akurat zmustrować, wskoczyłem na jego miejsce.
Szedłem na statek z wielkimi oporami. Ja, długodystansowiec, przyzwyczajony do swobody i przestrzennych kabin. Wlazłem do niewielkiej komórki, półtora metra na dwa, i z miejsca musiałem wejść na koję, żeby móc zamknąć za sobą drzwi. A sam statek – pożal się Boże. Tak jak mówił kiedyś w Domu Marynarza Czarek, z którym skończyłem Szkołę Morską: «Kiedy staniesz na takiej łajbie wzdłuż jej pokładu, to pięta wystaje ci poza rufę a palce poza dziób. A kiedy chcesz stanąć w poprzek, to dasz radę tylko na jednym palcu.»
Wytrzymałem tam dwa tygodnie i miałem dosyć. Obijałem się w wąskich korytarzach, garbiłem w mikroskopijnych drzwiach i co chwilę obstukiwałem boleśnie piszczele o wysokie progi. A kiedy przyszła mała fala, taka, której nawet nie dawało się zauważyć, stateczek przewracał wszystkie wnętrzności. Sterczałem wparty w pokład sterówki i głowę wciskałem w chłodną szybę bulaja.
Cieśla stał przy sterze i opowiadał, jak to dawny Trzeci, kiedy tylko zakołysało, wyskakiwał na skrzydło i do końca wachty nie pokazywał się w sterówce. Cieśla, stary matros, od razu przypadł mi do gustu. Myślę, że sympatia stała się wkrótce obopólna, bo bardzo chętnie rozmawiał za mną, kiedy musiał sterować. Mrok właził do ciemnej sterówki. Otulał bezszelestnie i dobrotliwie wszystko, co się w środku znajdowało. A myśmy rozmawiali. Czas przyjemnie płynął. Patrzyłem w gęstą masę wody, w migocące światła i na moment powracała znajoma satysfakcja, że znowu jestem tutaj. Ale po chwili wyłaziło złośliwie TAMTO, To Zdarzenie Z Września. Zadowolenie pryskało, jakby nigdy się nie pojawiło.
Niech to wszystko szlag trafi...
Wacek bredzi coś jeszcze o kąpieli. Żona Franka pije jak smok i ani drgnie. Chyba w dalszym ciągu jest trzeźwa. Przełykam z obrzydzeniem któryś tam z kolei łyk «eksportówy» i czuję, jak wszystko zaczyna mi się kiełbasić. Znajduję się nagle w kabinie sam, z trzeźwą żoną Franka. Głupia sytuacja. Odsuwam fotel, otwieram pierwsze z brzegu drzwi, żeby wyjść i staję jak wryty: nad sedesem kiwa się rozkraczona ta dorodna kobieta z miękkiego materaca i sika. «Przepraszam» bełkoczę i wychodzę na korytarz. Opieram się o szot i usiłuję okiełznać wyobraźnię. Widzę siebie wchodzącego do tej ubikacji, zamykającego drzwi i rzucającego się na nią, tę z rozstawionymi nogami...
Stop. Widać, że już trzy tygodnie jestem bez kobiety. Aż trzy tygodnie? Cholera, a co dopiero będzie podczas rejsu? To na moim łbie drobne buciki krasnoludków powinny stukać szaleńczego kazaczoka. A Franek? Czego on teraz chce? Przecież ma jeszcze swoją żonę. Przecież dopiero jutro pójdzie odprowadzić ją na dworzec. Ale to właściwie jest jeszcze gorzej – rozstanie ma dopiero przed sobą...
Gdzie oni poszli?...
Po schodkach złazi Franek.
– Ty – pytam – czy następne pół litra mam wypić sam?
Franek nagle robi wrażenie zupełnie trzeźwego.
– Poczekaj – mówi – Wacek kąpie dziecko, a żona kładzie spać moje bachory. Nie bój się, wypijemy.
Idę więc po moją wódkę. A potem czekam w kabinie Cieśli, który siedzi na zamkniętym śmietniku  i oczy ma już kwadratowe. Otrząsa się na moment i wlepia wzrok w butelkę.
– O, Asystent przyszedł się wkupić – mówi bardzo wyraźnie i opuszcza głowę.
Jego wyciągnięte sztywno nogi sięgają aż pod koję. Długa, wąska kabina przedstawia obraz nędzy i rozpaczy. Niemal wszystkie kabiny noszą na sobie w takich chwilach podobne piętno. Zmięta pościel, plamy na podłodze, szkło, przewalające się butelki. Podchodzę do bulaja i mocuję się z zaśniedziałymi śrubami. Przeraźliwy pisk zapieczonych gwintów podrzuca cieślą.
– Odwal się od tego – bełkocze i podnosi się ospale, na oślep macając ręką. Odpycham go gwałtownie, może zbyt gwałtownie i Cieśla leci niepohamowanie, aż na drzwi.
– Ty skur... ty skur... – Dławi się z wściekłości i chwyta mnie za piersi, kiedy pochylam się nad nim. Dźwigamy się obydwaj z wysiłkiem, patrzę w jego oczy nabiegające łzami. Słyszę, jak mi pęka koszula na plecach. Cieśla wisi uczepiony mojej szyi, przez chwilę sprężony, a potem stopniowo flaczejący. Rozginam mu ręce i sadzam na koi. Opiera głowę o blat biurka i dopiero teraz spostrzegam, że z jego karku sączy się krew. W rance tkwi odłamek szkła. Wyciągam go delikatnie i usiłuję tamować krew chustką, która powoli nasiąka i czerwienieje. Cholera, że też nic innego nie mam pod ręką. Biorę butelkę i pociągam parę solidnych łyków. Patrzę z przyjemnością na złoto-czarną nalepkę i nagle czuję silne uderzenie w rękę. Butelka leci w kąt i rozpryskuje się w blaszanej śmietniczce. Przed oczyma miga obraz rozwścieczonej kobiecej twarzy. A więc to tak, wściekła samiczko?...
– Świnie, podłe świnie, degeneraci – Krzyk piskliwy, śmieszny. – Nic, tylko by chlali. Wóda, wóda, wóda... Już ja z wami zrobię porządek. Zobaczycie, pójdę... pójdę...
– No, gdzie pójdziesz? Do pana Boga? – Chwytam ją za ramiona i sadzam na śmietnik. Cieśla wali się na koję i chyba śpi, bo z gardła wydobywa mu się charkot, podobny do chrapania.
– Niech się pani uspokoi – mówię i odkładam zakrwawioną chustkę. – Przecież nic się nie stało. Małe skaleczenie. Już wszystko w porządku.
– Wszyscy jesteście jednakowi. – Teraz poznaję w niej żonę Cieśli. – I jaki ja mam z niego pożytek? Och, właściwie już lepiej, jak go nie ma w domu.
I co ja jej mogę poradzić? Dlaczego on pije? Dlaczego ja piję? Za dużo by mówić.
– Niech pani nie patrzy na mnie jak na złoczyńcę. Wytrzeźwiejemy, umyjemy się i znowu będziemy zadowoleni z życia. Tyle wódki pani zmarnowała.
– On już jest alkoholikiem A mówiłam mu, rzuć to pływanie. Co ty masz z tego życia. Dzieci ojca nie znają. Mały tylko czeka na to, co mu ojciec przywiezie. Gdyby nie to, nazywałby ojcem każdego innego.
– Ale to piękny zawód, proszę pani – mówię słodziutko i podstępnie. – Męski zawód. Morze, dalekie kraje, romantyzm. Kochamy ten zawód.
– Jaki tam romantyzm. Proszę pana, zawsze jestem sama. Przed ślubem – sama, po ślubie – sama, z dziećmi – sama. A taki przyjedzie raz na kilka miesięcy i pijany jak świnia. Zresztą, co ja panu będę tłumaczyć. Jutro znowu wypływacie.
Szkoda mi tej kobiety. Właściwie niewiele jest kobiet zadowolonych ze swego «marynarskiego» losu. Jeśli którejś to odpowiada, to albo jest stara, albo potrafi pocieszyć się i bez męża: nie ma starego w domu, pieniążki lecą, wszystko OK. Patrzę na nią i stwierdzam, że jest ładna, nawet bardzo ładna. Zgrabna figura i tylko oczy pełne melancholijnej rezygnacji. Frajer ten cieśla. Mieć taką żonę i schlewać się właśnie wtedy, kiedy może z niej korzystać ile zechce. Pragnął chyba jej przez te cztery miesiące rejsu. Znam jednak ten ból, który powoduje, że nie można zapomnieć o ponownym wyjeździe. Myśli się o nim, wiszącym jak miecz, nawet w chwilach największego odprężenia.
– Właściwie zachowałam się jak idiotka. – Poprawia odruchowo włosy. – Rzeczywiście, szkoda tej wódki. Na pewno odbijecie sobie to jeszcze z nawiązką. – Uśmiecha się blado i siada obok męża.
Cieśla przytomnieje na chwilę i wlepia zdumione oczy w żonę. A potem unosi się lekko i opiera głowę o jej kolana. – Kochana stara – bełkocze. Kobieta dotyka jego włosów, zakrzepniętej krwi na szyi.
– Właściwie to on nie jest taki zły – mówi.
Wychodzę z kabiny i tuż za  progiem natykam się na Wacka.
– To co, pijemy? – Pyta i sięga ręką do klamki. – Zaraz przyjdzie Franek.
– Daj spokój – mówię. – Żona jest u Cieśli.
– Ale wpadł. – Chichocze Wacek. – Dała mu popalić, co?
Zostawiam go, ucieszonego, na środku korytarza. Jestem przekonany, że czeka mnie jutro murowany «moralniak»...”
   
 
 

sobota, 17 listopada 2012

Konopnicka !!!

Przerywam milczenie.
 
Sprowokowała mnie do tego nasza poczciwa Maria Konopnicka, a raczej rekcja tzw. opinii społecznej na elektryzującą wiadomość, że BYŁA ONA LESBIJKĄ!!!
 
O rany!!! Nasza ikona literatury... No, no, no.
 
Pełna oburzenia wrzawa, jaka się podniosła wokół preferencji seksualnej pisarki, w niektórych przypadkach graniczyła z histerią. Przykładem niech będzie Pewien Poseł o pogladach narodowych, organizator niedawnego Marszu Niepodległości. Pełen świętego oburzenia oświadczył wszem wobec, że mamy oto do czynienia z KŁAMSTWEM KONOPNICKIM (sic!). Dodał także, że kłamstwo to powinno być tak samo karalne, jak kłamstwo oświęcimskie!!!
 
Hm... ciekawe porównanie.
 
W każdym razie, jesteśmy świadkami, że "chwieje się" kolejna nasza  nieskazitelna ikona. Bardzo lubimy wsadzać ludzi na piedestał, nazywać ich idolami, czy wieszczami, przy okazji obdarzając ich wyidealizowanymi cechami. Bronimy tego wydumanego obrazu tak długo, jak się da, a kiedy fakty rysują ten wizerunek, z wściekłością zrzucamy ich na ziemię i wymazujemy z oficjalnej pamięci.
 
Jeśli pogłoski o "amoralnych" preferencjach Konopnickej okażą się prawdziwe (a fakty historyczne zdają się to potwierdzać), to tylko patrzeć, jak w imię dobra dzieci, wydrze się im z rącząt  bajkę O krasnoludkach i o sierotce Marysi, ze szkolnej lektury wykreśli się Pana Balcera w Brazylii, a śpiewanie Roty uzna się za zdradę narodową (podałem te tytuły nie bez przyczyny, bowiem powstały one właśnie w okresie ponad dwudziestoletniego współżycia pisarki ze swoją partnerką).
 
Któż to był, ta owa tajemnicza kobieta, która "sprowadziła na złą drogę" pisarkę, samotnie wychowującą  sześcioro dzieci?
 
Oto jej wizerunek:
 
 Maria Dulębianka.  Urodziła się w roku 1858, a więc w 16 lat później niż Konopnicka. Była niezwykle utalentowaną malarką. Antyfeministycznie i konserwatywnie nastawieni ówcześni decydenci nie dopuścili jej do studiów  na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (no bo przecież była kobietą!). Zmuszona została więc do kształcenia się w Paryżu i Wiedniu. Kiedy w roku 1889 związała się z Marią Konopnicką, zrezygnowała z kariery artystycznej i zaangażowała się w walkę o równouprawnienie kobiet, a zwłaszcza o uzyskanie przez nie praw wyborczych. Korespondowało to z poglądami Konopnickiej, która pod zaborami nie tylko była duchowym przywódcą walki o wyzwolenie narodowe i społeczne, ale również pionierką walki o równouprawnienie kobiet. 
Już po śmierci pisarki (1910), Dulębianka brała udział w obronie Lwowa w listopadzie 1918 roku. W 1919 udała się jako delegatka Tymczasowego Komitetu Rządowego do internowanych żołnierzy polskich na Ukrainie. Wyprawa ta ciężką zimą, przykład wielkiego poświęcenia, okazała się dla niej pechowa. Zaraziła się wtedy tyfusem i w kilka dni po powrocie do Lwowa zmarła.
Mimo że wspólne życie obu kobiet było tajemnicą pliszynela,  pogrzeb Dulębianki stał się wielką patriotyczną manifestacją. W dowód szacunku i wdzięczności wzięli w nim udział mieszkańcy Lwowa i polscy patrioci. Ciało bohaterki złożono w grobie jej partnerki.
 
Postawa ówczesnego społeczeństwa niech będzie dla współczesnych lekcją tolerancji i szacunku dla osób żyjacych zgodnie ze swoimi wyborami i uczuciami.

środa, 14 listopada 2012

Cisza

 
Wielka Cisza!!!
Komar nie kuca,
nie piszczy mysz(a)
 
Great Silence!!!
A z boli w płucach.
Ja cię kręcę!!!
 
Drewniane ręce...
Więc fixkruca,
nie piszę więcej!!! 
 


Zapadam się (daję nura) między kartki. Przewracam je, nie śliniąc palców (broń Boże!!!).

"Szymon Wiesenthal" by Tom Segev
"Papieski maestro" by sir Gilbert Levine
"Opowieści afrykańskie", "Pod skórą", "Spacer w cieniu" by Doris Lessing
"Miej trochę wiary", "Wtorki z Morriem" by Mitch Albom
"Marzenia i tajemnice" by Danuta Wałęsa.
 
itd, itd...
 
 Bye, bye - póki co:)))))))))))

 


wtorek, 6 listopada 2012

Szara uga

Od rana, niestety,
leje, jak wół do karety.
Za oknem strugi
smętnej szar(ej)ugi.

No i, moiściewy,
latają w kółko mewy,
tak jak nad rzeką,
mimo że Wisła daleko.

Po płytach chodnika
ktoś powoli kuśtyka.
Czasem przystaje,
bo wiatr mu iść nie daje...



piątek, 2 listopada 2012

Za duszki

Modlimy się dzisiaj za duszki. Dopiero dzisiaj, bo to właściwe Święto Zmarłych.

Wspominamy bliskich, których już nie ma i zapalamy Im w domu światełka.


Na Ich grobach też zapaliliśmy znicze - wcześniej, unikając gromadnego spędu. Najpierw uporzadkowaliśmy groby:
 
 
NAPRAWIANIE GROBU
 
stuk stuk stuk
cementową ręką
o bruk
 
pac pac pac
nad spróchniałą szczęką
plac
 
pod brzozą
szeleści jesienną
grozą
 
szur szur szur
rozpęka podstępnie
mur
 
ter ter ter
grzechocze posępnie
kler
 
aksamit
czernią przestrzenną
rani
 
hyc hyc hyc
przemyka proszalny
widz
 
mig mig mig
w ukłonach mszalnych
dyg

w zarysy
wciska swe bielmo
łysy
 
chlast chlast chlast
klęka pod nożem
chwast
 
szu szu szu
nad wiecznym łożem
do snu
 
od nowa
gładzone kielnią
słowa
 
 
A potem nastąpiły Właściwe Odwiedziny:
 
ODWIEDZINY
 
w bramie
bez sztachet
potok głów
jak w szeregu
przy łóżku chorego
 
szybki krok
wyznacza  wyrwę
w codzienności
 
gwar
pośpieszny
z mową banknotów
ginie w szepcie
zawisłym
nad rzędami alej
 
wybacz
że w zbyt gwałtownych
ruchach
wnieśliśmy tutaj
niepokój
swoich spraw
 
w geście współczucia
(zazdrości?)
zwrócimy literom
przygasły blask
 
odszukamy fotografię
na której
wygrałeś nieśmiertelność
 
ulotny płomień
znicza
ułatwi tobie
chwilę
przebudzenia
 
a cięte kwiaty
pochylą głowy
w męce
czerpania wilgoci
 
 
Przypominam sobie migocące prostokąty cmentarzy, widziane z góry, kiedy podchodziłem do lądowania...


środa, 31 października 2012

Wzruszenie


Niedawno obchodziłem 46 rocznicę ślubu... hej!!!

Z tej okazji wyruszyłem w podróż sentymentalną po albumach. Z łezką w oku przeglądaliśmy z Małżonką Mą setki, setki zdjęć, dokumentujących Nasze Wspólne Pożycie.
 
I oto...
 
Już, już zamierzaliśmy schować albumy na półkę, kiedy z kart jednego z nich wypadła fotografia. Podnieśliśmy ją z podłogi i ze zdumieniem stwierdziliśmy, że jest to zdjęcie z naszego ślubu!!! Zniknęło ono jakiś czas temu podstępnie. Szukaliśmy go bezskutecznie wiele razy i w zasadzie już pożegnalismy się z nim, kiedy właśnie teraz....

Może to z powodu Halloween?

Oto ono:



Ech,wzruszyłem się ci ja!!!

Lata lecą, a my wciąż tacy sami!!!

niedziela, 28 października 2012

Zimka, zimka!!!

Sypnęło obficie. A wydarzyło się to Anno Domini 2012, w sobotę, 27 dnia miesiąca października.
Naród nieświadom nadciągającego wybryku natury, jak zwykle domostwa opuścił, w gonitwie dnia powszedniego, nieprzygotowany w obuwiu i odzieży wierzchniej. Na domiar złego rzadko który zimowe obręcze na wozy swoje u kowala wyrychtował.
 
Ja też w tłumie tym znalazłem się, ale komfort wielki miałem, bowiem u wróża wcześniej dowiedziawszy się co grozi, koła odpowiednie do przepowiedni dnia poprzedniego założył. Tak więc wieczorem późnym, w zadymce, bez ryzyka do chałupy powróciłem.
 
A rankiem późnym, przesunięciem czasu ogłupiały, z łoża się zwlokłem i jak wryty przed oknem stanąłem, oczom swoim zapuchniętym od marzeń sennych nie dowierzając.
 
    
 
 
 

Ach, Panie na Niebiesiech, pięknym ten świat stworzyłeś!!!



piątek, 26 października 2012

Wojciech Jaruzelski. Podróż na Daleki Wschód 1986

Jak zauważył Hipokrytes w swoim komentarzu do mojego ostatniego wpisu, odbyłem też min. podróż z Wojciechem Jaruzelskim w 1986 r.  Pisałem o tym na moim poprzednim blogu.
Przytaczam poniżej fragment tego wpisu, nieco uzupełniony, dodając kilka wybranych, zrobionych przeze mnie zdjęć.
Zdjęci te pstrykałem wysłużoną lustrzanką Exacta Varex. Poczciwy aparat spoczywa sobie teraz głęboko  w szafie i wspomina czasy, kiedy towarzyszył mi wielu podróżach.
 
"Byłem też w załodze, wiozącej Wojciecha Jaruzelskiego w jego podróży do Irkucka, Ułan Bator, Phenianu i Pekinu w 1986 roku. Przejęliśmy  samolot w Nowosybirsku, dokąd pilotowała go inna załoga. Jaruzelskiemu towarzyszyła jego córka. Głównym celem tej podroży był Phenian. Wizyta tam miała uroczystą oprawę oficjalnej wizyty państwowej. Na cześć Wojciecha Jaruzelskiego, zorganizowano okolicznościowe widowisko na stadionie w Phenianie. Specyfika jego polegała na tworzeniu zmieniających się często, kolorowych żywych obrazów, animowanych przez setki ludzi, siedzących w specjalnie do tego przeznaczonym sektorze. Widowisko niepowtarzalne i niespotykane w kulturze europejskiej.
Wojciech Jaruzelski nazywany był tam w oficjalnych środkach przekazu "Jutrzenką znad Wisły", a Kim Ir Sen "Wielkim Wodzem".
 
Cała podróż odbyła się oczywiście na niezawodnym samolocie TU 154 M, których flota w PLL LOT była dopiero tworzona. Przy okazji tego rejsu, przetarliśmy szlak do Pekinu. Wkrótce LOT otworzył regularne rejsy na tej linii, obsługiwane przez TU 154 M."
 
Oto część zdjęć:
 


Powitanie na lotnisku
 


Portret Kim Ir Sena terminalu lotniskowym
 
 
Wioska Mangyondae pod Phenianem, gdzie urodził sie Wielki Wódz. Teraz skansen i cel wycieczek.
 
 
To się wydarzyło w tym domu
 
 
Widowisko na stadionie
 
 
 
Jutrzenka Znad Wisły i Wielki Wódz
 
 
Też
 
 
Niech żyje...
 
 
Krakowiacy (a gdzie górale?)
 
 
Znowu Wioska!


czwartek, 18 października 2012

Rocznica

Kilka dni temu obchodziliśmy 34 rocznicę wyboru kardynała Karola Wojtyły na Papieża.
 
Akurat wróciłem z kolejnego lotu i obserwowałem tę uroczystość na ekranie kolorowego telewizora marki "Thompson" . Telewizor ten, co prawda kupiony za łapówkę, był świadectwem epoki Gierka, która wniosła w szarość komunizmu złudne poczucie zmian na lepsze.
Rządy Gierka zmagały się już  wówczas ze śmiertelną zadyszką. Wyniesienie polskiego kardynała na Stolicę Piotrową niebawem  okazało się dla nich  gwoździem do trumny.
 
Ciesząc się razem z innymi, nie przeczuwałem, że w niecały rok później, 10 czerwca, będę miał zaszczyt być członkiem załogi kokpitowej samolotu, odwożącego Ojca Świętego  z Krakowa do Rzymu na zakończenie Jego pierwszej pielgrzymki do Polski. Byłem wtedy instruktorem nawigatorem pokładowym TU 134 A z siedmioletnim stażem w PLL LOT i członkiem jednej z trzech doświadczonych załóg, mających uprawnienia do latania z tzw. VIPami.
 
W związku z tym niecodziennym lotem, wydany został informator, udostępniony wszystkim pasażerom znajdujacym się wtedy na pokładzie. Oto jego fragmenty:



 
 Informacja o mnie jest przedostatnia
 
 
 
Każdy członek załogi dostał album ze znaczkami, upamiętniający tę wizytę. Oto jego zawartość: