niedziela, 24 maja 2015

Złość

W wydawnictwie e-bookowo ukazało się II wydanie mojej książki pt "Złość" w formie e-booka. Zachęcam do wejścia na nową stronę mojego blogu, zatytułowaną "Złość", gdzie można przeczytać fragmenty tej książki i ew. zakupić ją. Temat na czasie. Wartka treść, zaskakujące zakończenie. Polecam.



POLECAM

środa, 20 maja 2015

Hej, ludzie, ludzie!!!!

Dziś, stanąwszy na balkonie,
rozejrzałem się po nieboskłonie
i patriotyzmem tknięty,
zaśpiewałem, jak najęty,
na ludową nutę,
z hołubcami i przytupem:

(refren)
Hej, ludzie, ludzie,
nie wierzcie Dudzie,
bo co obiecuje Duda,
z pewnością się nie uda.
(koniec refrenu) 

Duda po wiecach hasa
- wyborcza kiełbasa.
Z uśmiechem na licu
picu, picu, picu.
Obiecuje co da się,
zapominając o kasie,
i szczerze zatroskany
zapowiada zmiany.
To poprawi, zniesie i to i to,
by naprawić Rzeczpospolitą,
bo Ojczyzna na krawędzi.
I tak smędzi, smędzi.
Czarny obraz rozściela,
mając się za uzdrowiciela.
Wygłasza swoje "wierzę",
a PIS ma za kołnierzem.
Prezes trzyma za wodze,
gotów ściągnąć je srodze,
gdy się Duda rozpędzi. 
Przytrzyma go na uwięzi,
a potem przeżuje
i gdy trzeba, wypluje
starym zwyczajem,
gdy rządził IV Rajem!!!

(refren)
Hej, ludzie, ludzie,
nie wierzcie Dudzie,
bo co obiecuje Duda,
z pewnością się nie uda.
(koniec refrenu) 

A teraz czas na morał,
kończący ten chorał (?)
Mężczyzno i kobieto,
postawcie swoje veto.
Idźcie do urn gromadnie,
niech kysz, kysz, przepadnie!!!




wtorek, 12 maja 2015

Na matury

Żebyś nie wiem jak zakładał z góry,
że może tym razem nie,
zawsze kasztany zakwitną na matury,
i to nigdy nie zmieni się.

A więc z pewnością powtórzy się los ponury
i faktem stanie się, że
nauczyciele będą ostrzyć sobie pazury,
aby zdołować Cię.

Lecz ja, w pozycji wypiętej postury,
nie daję się wciągnąć w grę,
bo mam gdzieś głęboko szkolne mury,
gdyż nie dotyczy to mnie!!!!


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Była sobie

Dostałem maila dzisiaj.
Napisała z Krakowa Marysia,
że ją "złości",
gdyż mam na blogu dłuuuugie zaległości.

Śpieszę uspokoić Marysię,
że to nie moje widzimisię,
a komputerowy kryzys.
I niech rozjaśni fizys,

bo właśnie teraz
się w sobie zbieram,
by na jej cześć
coś niecoś do bloga wnieść.

Oto, miła "M",
coś Ci zatem opowiem,
ale dla odmiany prozą,
bo powieje grozą.

"W moim maleńkim domu wszystko się zdarzyć może", jak głosi znana piosenka. Co prawda u mnie orzechy nie rozgryzają się same, a szkoda, bo już ząbki nie te, ale dzieją się dziwne rzeczy. To zatrzeszczy coś, łomotnie, firanką poruszy, zrzuci doniczkę z kwiatkiem znienacka w nocy, w WC załka, jacyś goście niespodziewanie się pojawią o dziwnej godzinie,  albo diabeł coś ogonem nakryje....

A oto, co zdarzyło się ostatnio:

Były sobie skarpetki. Podkolanówki, koloru brązowego, bardzo ze sobą zaprzyjaźnione, można powiedzieć - papużki nierozłączki. Do mnie też były bardzo pozytywnie nastawione, gdyż dbałem o nie wielce. Zakładałem na nogi ostrożnie, cerowałem jak było trzeba, stawiałem pod kaloryferem, aby wyschły, uważając, aby nie złamały się broń Boże. A od czasu do czasu fundowałem im nawet kąpiel w beczce śmiechu, zwanej popularnie pralką. Nasze wspólne miesiące mijały beztrosko i szczęśliwie. Aż tu nagle...
Pewnego dnia, gdy właśnie zakończyła się wspomniana kąpiel i otworzyłem okrągły właz, sięgając do środka, aby wydobyć je na zewnątrz, ze zgroza  stwierdziłem, że... była tylko jedna. Tak, moja Marysiu, uwierz mi - BYŁA TYLKO JEDNA, osierocona, mokra i obwisła ze smutku i tęsknoty. Aż żal było patrzeć...   Mnie też zrobiło się nijako na duszy. Ciarki po plecach przebiegły, dziwne myśli zaczęły się kłębić. Rozejrzałem się wokół i wstyd powiedzieć, zakiełkowało ohydne postanowienie pozbycia się jej, bo może to jakieś "złe" maczało w tym wydarzeniu palce, by na przykład  w przyszłości pozbawić mnie jednej nogi? A kysz, na psa urok,w lipie dziurka! - splunąłem przez lewe ramię i dla spokoju sumienia przekopałem całe mieszkanie wzdłuż, wszerz i w głąb. Zajrzałem wszędzie, nawet między książki, talerze, szklanki i w inne nieprawdopodobne miejsca - 

DRUGIEJ SKARPETKI NIE BYŁO!!!!!  

Zniknęła, rozpłynęła się, a może to właśnie diabeł maczał w tym swój ogon? Trudno powiedzieć.
Schwytałem brutalnie za kark tę osieroconą i już już miałem ją wyrzucić, gdy MTŻ stanąwszy w jej obronie, do zachowania jej mnie nakłoniła. Schowałem więc skarpetkę w szufladzie, układając jak na marach i wstyd powiedzieć zapomniałem o niej.
Mijały miesiące, zima zakończyła się, przywędrowała wiosna. (Na szczęście, nadal miałem dwie nogi). Aż tu nagle, pewnego słonecznego popołudnia, gdy wszedłem do sypialni, na dywanie ujrzałem, jak myślisz, co?

ZAGINIONĄ SKARPETKĘ!!!!

 Leżała na środku, bezczelnie rozciągnięta i szyderczo uśmiechnięta... Jakim cudem się tam znalazła, skąd wypełzła, dalibóg do dzisiaj nie wiem.



I co na to powiesz, Marysiu?




czwartek, 2 kwietnia 2015

Próbowali oszukać

Prima Aprilis za nami.

Próbowali nas oszukać parę razy w masowych środkach przekazu, aby dochować tradycji, ale tak jakoś bez przekonania i mało prawdopodobnie. Może to z powodu tej denerwującej sytuacji  w otaczającym nas świecie? 

Zaserwowano na przykład informację o tym, że od pierwszego kwietnia hejnał z wieży Mariackiej w Krakowie będzie odgrywany na harmonijce ustnej. Wyemitowano nawet krótki wywiad z wykonawcą tego hejnału. Oświadczył, że podjął się tego zadania, bo lubi wyzwania i lubi Kraków. Poinformował nawet, że przygotowano dla niego małe mieszkanko na wieży Mariackiej, aby było mu blisko do pracy.

Podano też sensacyjną wiadomość, która zbulwersowała  część łatwowiernych kierowców, że realizując nowe wytyczne Unii Europejskiej, od początku 2016 roku obowiązkowe będzie instalowanie w samochodach kamerek, rejestrujących przebieg jazdy.

Itd, itd.

A ja czekałem na informację, że np. Putin wyprowadził się z Krymu i wycofał poparcie dla separatystów okupujących część zachodniej Ukrainy, że odwołał sankcje gospodarcze dla UE, że Islamiści od wczoraj są w generalnym odwrocie, że niektórzy egzotyczni kandydaci na prezydenta w Polsce zrezygnowali z konkurencji, że PO i PIS zawiesili broń na kołku, padając sobie dla dobra Ojczyzny w ramiona - ale niestety, nic z tych rzeczy. Może dlatego, że prawdopodobnie nikt by  nie dał się na to nabrać. 

Toteż w geście protestu, zamknąłem uszy na wszelaki jazgot informacyjny i.... 

Dziś rozejrzałem się na wszystkie strony
w nadziei, że ujrzę jeszcze gawrony.
Ale po nich ani śladu...

Nie siedzą parami na gałęzi,
umacniając tym samym wzajemne więzi
i tak sobie gadu, gadu...

Lub całując się dość skomplikowanie,
bo to, co mają, ułatwia im raczej dziobanie,
a nie wzajemne karesy.

No, może z wyjątkiem iskania, 
tej gry wstępnej, do głębszego zakochania,
plus inne miłosne ekscesy.

Nie ma ich także na trawie lub w krzakach,
szukających jakiegoś odrętwiałego robaka,
aby go przełknąć łakomie.

Będzie teraz bez nich pusto i nudno...
Ale to przez tę wiosnę. Trudno,
swoją tęsknotę za nimi poskromię.

piątek, 20 marca 2015

To Słońca zaćmienie...

To Słońca zaćmienie
zaćmiło wszystko, moje mienie,
umysł i moje sumienie.
W gębie też mnie zaćmiło
i teraz boli, aż miło!

Księżyc na Słońce włazi
i nawet mnie nie razi 
szaleństwo niecnej wyobraźni,
że tak bardzo się stara,
bo mu chodzi o bara bara.

Patrzę więc sobie zatem,
jak Księżyc pieści Słońcu facjatę...
Chcę zapamiętać tę datę,
te astronomiczne dusery,
bo dziś Wiosna o 23.44!

sobota, 14 marca 2015

35 lat

Dzisiaj mija 35 lat od katastrofy, jakiej uległ samolot IŁ62 Polskich Linii Lotniczych, podchodząc do lądowania na Okęciu, podczas powrotu z Nowego Jorku.
Pamiętam ten dzień. Około godziny 14 miałem wykonać rejs do Londynu. Pojechałem na lotnisko. Przed budynkiem ujrzałem kilka osób, krążących bez celu, z wyrazem rozpaczy na twarzach. Dopiero w sali pilotów dowiedziałem się, co się stało. 
Wszyscy byliśmy głęboko poruszeni. Na pokładzie była załoga, którą bardzo dobrze znaliśmy - nasi koledzy i koleżanki. Byli pasażerowie.
W szoku,odrętwiali, poskramiając wyobraźnię, szykowaliśmy się do rejsu, mając cichą nadzieję, że zostanie odwołany. Nie znaliśmy jeszcze przyczyn katastrofy, ani czy ktokolwiek z niej ocalał. Powtarzaliśmy sobie jedynie zasłyszane, nieoficjalne wiadomości, które wyciekały z miejsca wypadku.
Jednak życie toczyło się nadal. Odlecieliśmy z niewielkim opóźnieniem. Na szczęście odlot odbył się trasą omijającą miejsce katastrofy. Nie mogliśmy więc dojrzeć z góry terenu tragedii, która przecież tam na dole rozgrywała się nadal...

Wydarzenie to znalazło odbicie we fragmencie Rozdziału VII  mojej książki pt. "Rok". Przytoczę go poniżej.

"Krzysztof z przeraźliwą wyrazistością zdał sobie sprawę, że koło historii, pozornie biegnąc naprzód, kręci się tylko wokół własnej osi. Jak bezwolny, kolisty czerpak wygrzebuje kolejne litry wydarzeń, które przecież są wciąż tą samą wodą. Może właśnie dlatego każde pokolenie skazane jest na swoja wojnę? Może właśnie z tego powodu stajemy się pionkami w grze, która jak każda gra zawsze się kończy i zawsze zaczyna?
Nie zdziwił się więc, kiedy spostrzegł, że rzędy dziecięcych mogił kończą się nagle wraz z wysokimi drzewami, tuż przed szeroką aleją, aby dać świadectwo innym wydarzeniom – nie tak dawnym – sprzed dwóch lat.

Samolot podchodzi do lądowania. Już tylko kilka mil dzieli go od wąskiej wstęgi pasa. Załoga, mając za sobą setki kilometrów lotu, z ulgą dostrzega znajome ulice i domy otaczające lotnisko. Twarze, na których na moment pojawiło się odprężenie, poważnieją jednak znowu. Oczy spoczywają na wskaźnikach przyrządów, ręce zaciskają się na sterach. Padają krótkie, ograniczone do koniecznych sformułowań, zdania. Jeszcze parę minut i samolot uderzy kołami o beton. Osiądzie bezpiecznie na ziemi, kończąc jeszcze jeden lot, który w tej samej chwili stanie się zalążkiem następnego. Zwykły, utarty tok wydarzeń ulega jednak zakłóceniu. Nagle samolot wali się skosem w dół. W ułamku sekundy istnieje jeszcze. I w tym złudnym istnieniu, jak w kwintesencji szaleńczej nadziei, odchodzi w nicość. Huk, nagły powiew, zdławiony jęk...cisza. Tryby czasu wypluwają złamany ząb i ruszają znowu, każąc tym, którzy żyją, pracowicie zacierać konsekwencje jego braku odpowiedzialności...

Krzysztof otrząsnął się z sugestywnej wizji. Stał jeszcze wśród zacienionych drzewami grobów, ale żółtawa wstęga alei podkreślała już cel jego wyprawy: uwiecznioną w greckim marmurze zbiorową mogiłę załogi, która wówczas zginęła. Podzielona na dziesięć części płyta tonęła w kwiatach. Barwna mozaika wabiła drapieżnym refleksem czerwieni, który kładł się na stojącej nie opodal kobiecej postaci.
Krzysztof ujął mocniej torbę i ruszył, z trudem odrywając nogi. Słońce wyszło znowu zza chmur. W spokojnej ciszy przesunęło się smugą wśród kwater, ale kiedy przysiadł, aby wyjąć znicze, znikło nagle. Zerwał się wiatr i wiał systematycznymi podmuchami, wydłużając płomienie lampek i niebezpiecznie zbliżając je do rozłożonych bukietów.
Krzysztof  przez chwilę walczył z gasnącymi zapałkami. Zapalał jedną po drugiej i niecierpliwie odrzucał nadpalone drewienka. Grube, nasycone stearyną knoty zajmowały się niechętnie, jakby przeciwne ofierze, którą chciał złożyć.
– Pozwól, pomogę ci.
Wzruszył ramionami, właściwie nie zdając sobie sprawy, że ktoś do niego mówi. Wysypał z pudełka kilka ostatnich zapałek, ale kobieca ręka zebrała mu je delikatnie z dłoni.
– Popatrz, to należy zrobić w ten sposób...
Wstał i obserwował, jak pochylona postać doskonale daje sobie radę z opornymi płomieniami. Bez słowa odbierał znicze, ustawiając je po jednym przed każdą z dziesięciu płyt, a potem odczytał jeszcze raz znajome nazwiska.
Kobieta stanęła obok niego.
– Wiedziałam, że przyjdziesz – powiedziała. – Czekałam na ciebie.
Krzysztof spojrzał na nią, chcąc ujrzeć w jej twarzy twarz Anny.
– Czekałaś?
– Tak. Ty zawsze przychodzisz w rocznicę ich śmierci. Przychodzi tu wielu znajomych, ale ty jesteś zawsze. Jestem ci wdzięczna.
Twarz Anny rozpłynęła się. Krzysztof westchnął, pomyślawszy, że życie toczy się przecież nadal. Dotknął wystających spod czapki włosów dziewczyny. Przez lata mijali się na lotnisku z utartym „dzień dobry”.
– Przychodzę tu często – powiedział. – Więcej, niż by należało.
Ujął dziewczynę pod rękę i poszli w kierunku bramy."