poniedziałek, 13 maja 2013

Nie zawiedli

Znowu Zimni Ogrodnicy nie zawiedli. Jak co roku złośliwie przygnali chłód, chmury i opady deszczu. Mieszkanko wychłodziło się nieco, ale nie na tyle, aby nie przyciągać do siebie zmarzniętych owadów wszelakiego autoramentu. Przedwczoraj wpadł wieczorem wielki leśny komar i tłukł się głupawo o ściany i lampę. Nie uległem delikatnej sugestii Przedstawicielce Rodziny z Krakowa, której miłą delegację (2 osoby) gościliśmy przez kilka dni, aby skrócić jego męki. Ocaliłem mu życie mówiąc, że i tak długo już nie potrwa.
Nie myliłem się. Wczoraj przed południem wymieniona Przedstawicielka zauważyła, że komar leży bez ruchu krzyżem na podłodze, tuż obok drzwi balkonowych. Oddychał jeszcze. Z trudem opanowałem się, aby nie przynieść mu pomocy metodą "usta usta". A, niech dogorywa sobie w spokoju, w śmierci klinicznej, wedrując już sobie  być może ku świetlistemu tunelowi...
Dzisiaj odnalazłem jego skurczone zwłoki, pięćdziesią centymetrów dalej. Widocznie ostatkiem sił przeczołgał się tam, zanim ostatecznie skonał.  Ująłem go ostrożnie i wypuściłem za balkon. Wiatr uniósł truchełko w ostatni lot...
 
Ech, smutno się porobiło...
 
Przypominam więc fragment mego zeszłorocznego wpisu na temat Ogrodników:
 
"(...) Otóż okazało się, że sławetni, aczkolwiek dokuczliwi Ogrodnicy, są z pochodzenia Anglikami, a ich używane w Polsce imiona są spolszczeniami anglosaskich - Mr Crazy, Sir Wacy oraz Bony Face.
Wszyscy oni żyli w tym samym czasie, a ich imiona określały ich przymioty lub przywary.
Mr Crazy (w spolszczeniu - Pan Kracy), był zwariowany (crazy) na punkcie ogrodnictwa. Jedyny w tym towarzystwie szlachcic Sir Wacky (w spolszczeniu Ser Wacy) był również stuknięty (wacky) na tym samym punkcie. Natomiast Bony Face (w spolszczeniu Boni Facy) nie był stuknięty ani zwariowany na żadnym punkcie, natomiast wyróżniał się kościstą (bony) twarzą (face).
Zafascynowani uprawą wszystkiego co rośnie, Sir Wacky oraz Mr Crazy zdołali przekonać do swej życiowej namiętności smutnego Bony Face i założyli ogrodniczą spółkę z kompletnie nieograniczoną odpowiedzialnością, świadczącą usługi dla ludności w zakresie ogrodnictwa. Jednak nie wiadomo dlaczego zakładali ogrody w połowie maja, nie zważając na niebezpieczeństwo zaistnienia w tym czasie chłodów i przygruntowych przymrozków. Trudno więc się dziwić, że po kilku latach zbankrutowali.
Widocznie ich działalność dała się zinteresowanym mocno we znaki, bo pamięć o nich trwa aż do dzisiaj."
 
Życzę wszystkim Ciepłej Zośki 

środa, 8 maja 2013

Zdążyły!!!

No proszę, drugi dzień maturalnych męczarni i zdążyły!!!
Oczywiście o kasztanowcach mowa. Zakwitły, dzielne drzewa, nadrabiając wiosenne zaległości, aby tradycji stało się zadość.
 
 
 

O ile mnie pamięć nie myli (a może mylić, oj może), to w zeszłym roku spóźniły się i wypuściły białe świeczki gdzieś w połowie matur. 
 
Hej, ale czas leci... Przy tej okazji jak zawsze wyświetla mi się przed oczami maturalny koszmar. Szczególnie pamiętam egzamin z języka polskiego. Ponieważ nie czułem się mocny z żadnego narzuconego tematu,  wybrałem dowolny. Opisałem ze swadą i wielką wyobraźnią pogrzeb Broniewskiego, który miał miejsce właśnie na początku 1962. Oczywiście nie uczestniczyłem w nim, ale poniosło mnie pióro, czym powaliłem na kolana Szanowną Komisję. Biedna rozczarowała się jednak, męcząc mnie na egzaminie ustnym, co zaowocowało za całokształt litościwą trójczyną.
A o reszcie przedmiotów lepiej nie mówić...
Od czasu do czasu wygrzebuję z archiwum swe Maturalne Świadectwo i pocieszam się, że chyba nie było tak źle, bo widnieje na nim tylko jedna "czwórka" - z prac ręcznych. (Reszta od góry do dołu same "trójki"!!!) 
 
Oddycham z ulgą, że wydarzyło się to 51 lat temu i że to se ne wrati. Jestem bezpieczny!!! Żadnych egzaminów! Nareszcie osiągnąłem błogi stan cofania się w rozwoju!!!
I w ramach tego cofania się odwiedziłem zmartwychwstałą Starówkę. Połaziłem z MTŻ wspominając czasy, kiedy były tam same ruiny i kiedy cały naród dźwigał ją do życia. A teraz  pokryta patyną udaje prawdziwą starość, co rok witając maj otwarciem sezonu turystycznego.
Wykonaliśmy rundkę, obowiązkowo uwieczniając Rynek.
 
 
 
A na zakończenie znużeni przysiedliśmy w ogródku Pożegnania z Afryką racząc się przednią kawą. MTŻ zamówiła tradycyjne espresso a ja podwójne z mietą. Co za smak!!!
 

 
 Trzymajcie się dzielnie, maturzyści!!!
 

czwartek, 2 maja 2013

Znowu wisi

Wielka majówka nadeszła!!! Naród świętuje i hurmem wyjeżdża ze stałych miejsc pobytu.
Jak zwykle w takich wypadkach (nomen omen) część narodu nie wraca już do domów. Przenosi się do Krainy Wiecznej Majówki, zaciekle szusując szosami i to wcale nie w poszukiwaniu suszi przy szosie, a raczej piwka lub czegoś mocniejszego. No cóż, byłaby to ich sprawa, gdyby przy okazji nie pociagali za sobą zupełnie niewinnych uzytkowników dróg, którym nie jest tak śpieszno na Tamten Świat...
 
A propos - właśnie jestem świeżo po lekturze książki "Dowód" by Eben Alexander. Ten neurochirurg, wykładowca Harvardu, spenetrował Zaświaty podczas tygodniowej śpiączki, wywołanej bakteryjnym zapaleniem opon mózgowych. Po niespodziewanym wyzdrowieniu  przeniósł swoje wrażenia na papier, konfrontując je jednocześnie ze swoją wiedzą i doświadczeniem neurochirurga. Ciekawa lektura, ale nie do końca satysfakcjonująca. W każdym razie próbuje uspokoić tych, którym dane jest nagle zakończyć doczesną wędrówkę.
 
Początkowo także planowaliśmy wyrwać się z miasta i jak co roku odetchnąć świeżym powietrzem u Rodziny Z Prowincji, ale  MTŻ na kilka dni przed Godziną Zero proroczo stwierdziła, że z pewnością nie będzie pogody.  Chwała jej za to, bo faktycznie jest nienajlepiej - słońca jak na lekarstwo i temperatura niezachęcająca. Zaszyliśmy się więc w Domowych Pieleszach przy kawce, herbatce, lekturze  i pogryzaniu czegoś, co leży na talerzyku. Święta 2 maja i 3 maja uczciliśmy mocując na balkonie naszą Narodową Flagę, pilnie uważając, aby było 'białym do góry".
Znowu więc sobie wisi i powiewa, a w tle zielenią się na potegę kasztanowce, zdeterminowane tradycyjnie zakwitnąć na matury. Ciekawe, czy im się to uda.
 

 
 
Żółci się też forsycja:
 
 
 
A mnie na przekór wiośnie kołacze się wiersz o zimie. Może dlatego, że już niegroźna, bo odeszła.
 
lubię zimę
mimo że
osacza mnie rymem
wierszem pakuje się wszędzie
 
nęka metagramem
albo mój Boże
jakimś synonimem
strach pomyśleć, co z tego będzie
 
a ja głupi
skrobię
zamiast się upić
i śmiała myśl w głowie mi kląska
 
a nuż ktoś kupi
to co robię
bo tekst go ogłupi
choć żadna ze mnie Szymborska
 
 



środa, 24 kwietnia 2013

Liryczna struna

Informacja, jaką zamieściła w komentarzu do mojego poprzedniego wpisu zaprzyjaźniona blogerka Maga, że podstępny animals systematycznie wykopuje cebulki w jej ogrodzie, szarpnęła liryczną strunę mej duszy.
 
Oto efekt tego szarpnięcia:
 
Wiosną ujrzysz animalsa,
co w ogrodzie twoim hasa.
Ryjąc ci zaciekle w kwiatkach
miszung robi na rabatkach
i pogrywa z tobą w kulki,
że to nie on, te cebulki...
 
Myślisz sobie - a to farsa,
może zatłuc animalsa?
Ale wkrótce, mówiąc szczerze,
litość cię ogromna bierze.
Jak to zatłuc, teraz, wiosną?
Przecież kwiatki te odrosną...
 
Łza do oczu ci się wciska,
kreaturze dajesz pyska
i, siąknąwszy, patrzysz czule,
jak już jawnie żre cebule.
 
 
Dobra rada: Jeśli nie uda się uratować cebulek, polecam tulipany, które ich nie wymagają. Mogą rosnąć gdziekolwiek i nie potrzeba ich podlewać. Gwarantuję, że złośliwego animalsa szlag trafi ze zdumienia!!!!
 
 



sobota, 20 kwietnia 2013

Urobiony po pachy

Wiosna, wiosna radosna!!!
 
Dla kogo radosna, dla tego radosna. Niby nareszcie wszystko w porządku przebiega w przyrodzie. Gwar ptasi, kasztanowce się puszczają, temperatura rośnie, ogrzewanie nareszcie wyłączone i grosza przez to można trochę zaoszczędzić, słoneczko przeziera...
No właśnie, przeziera a raczej przedziera się z trudem do mieszkania, pokonując zapuszczone jesienią i zimą okna. Niemyte przez parę miesięcy szyby noszą na sobie nie tylko brudne zacieki ale i ptasie kupy, rzucane podczas beztroskich przelotów z bliska w momencie fantazyjnego nalotu i szybkiego zakrętu tuż przy tafli. Zwłaszcza rybitwy w tym celują. Sa doprawdy niezastąpione. Zazdroszczę im. Sam chciałbym to robić po obfitym najedzeniu się i połknięciu łychy Lactulosum.
 
I podziwiałbym te rybitwy w radosnym uniesieniu i zachwycie, gdyby nie to, że za cel obrały sobie właśnie nasze okna.  Nazbierało się trochę tych śladów i powinienem był sukcesywnie je usuwać, ale wiadomo, jak nie mróz, to deszcz i nie chciało mi się okien otwierać. Odkładałem tę czynność na potem (chyba właśnie na wiosnę), stosując jednocześnie tzw. racjonalizację uczuć, w wyniku której nie tylko te ptasie odchody przestały mi przeszkadzać, ale i w pewnym sensie zaczęły mi się podobać - taki  naturalistyczny, artystyczny wzorek.
 
Niestety, wiosna nieubłaganie nadeszła. Zmobilizowała nas dwoje do roboty i pewnego ciepłego dnia zakasaliśmy rękawy (na szczęście rybitwy, cierpiące na wieczne rozwolnienie, zniknęły już taktownie). Niestety, okien ci u nas dostatek, więc to wchodzenie na stołek i schodzenie, szorowanie, ścieranie, zmywanie, wycieranie rozłożyć trzeba było na kilka dni.  A i tak wieczorami, padnięci wciskaliśmy się w fotele, ledwo mając siłę przyciskać pilota.
 
Odnotowuję to, urobiony po pachy, ciesząc się, że w łykend pracować nie wypada, więc dwa dni sobie odpocznę, zanim w poniedziałek, rzutem na taśmę, ostatnie okno zostanie wypucowane. Wypełzam tylko od czasu do czasu na balkon, podziwiając wykonaną już robotę i  odbijający się w czyściutkich szybach świat. 
 
 

piątek, 12 kwietnia 2013

Pierwsza wiosenna.

- Zobacz - zawołała Moja Towarzyszka Życia (MTŻ). - Przyleciała mucha do ciebie!
Wyskoczyłem z łazienki i co sił w nogach pognałem do do Dużego Pokoju, bowiem denerwuje mnie wszystko, co śmie latać w naszym mieszkaniu.
- Gdzie? - spytałem zdyszany, mocując opadający z bioder ręcznik.
- Tutaj, na oknie. Widzisz?
Wytężyłem wzrok.
- Nic nie widzę.
- Przed chwilą siedziała na szybie.
- Duża? - spytałem z nadzieją.
- Wielka.
- Skąd ona się wzięła?
- Nie wiem. Może wleciała z zewnątrz.
- To niemożliwe. Przecież uważam przy każdym wietrzeniu.
- Widocznie słabo uważasz. Jakoś udało jej się wcisnąć - zauważyła MTŻ z przyganą.
 
Tymczasem mucha wyjrzała spod liścia pelargonii i lekkomyślnie oceniwszy sytuację jako bezpieczną powędrowała na framugę. Była rzeczywiście duża, ale jakaś taka niemrawa. Poruszała się powoli a używanie skrzydeł sprawiało jej sporą trudność.
 
- Zobacz - powiedziałem. - Jeszcze otumaniona wiosną. Wszystko wskazuje na to, że  przezimowała w naszym mieszkaniu.
- Będzie ci łatwiej ją zabić - zauważyła MTŻ.
- Aha - mruknąłem i przybliżyłem do muchy Specjalną Rakietkę Do Zabijania Owadów Impulsem Elektrycznym (SRDZOIE). Już miałem nacisnąć śmiercionośny przycisk, kiedy ofiara odwróciła się gwałtownie i spojrzała mi prosto w twarz. W jej oczach, nieco zaszklonych łzami, nie widać było ani strachu, ani błagania o litość, ale determinację i gotowość rozstania się z życiem.
- Śmiało, byle to trwało jak najkrócej - szepnęła. - No, zrób to, skoro musisz!
 
Serce zadrgało mi współczuciem.  Nie po to biedne stworzenie przetrwało całą zimę, aby teraz ginąć. Nie, nie zrobię tego! To byłoby nieludzkie i nieowadzie. Nadchodzi wiosna, niech sobie jeszcze polata na wolności, zanim ktoś inny wykona wyrok. 
Uchyliłem okno i delikatnie podmuchując wyprosiłem muchę na zewnątrz. 
"Zrobiłem dobry uczynek", pomyślałem z błogą satysfakcją, po czym bezlitośnie poraziłem prądem żywnościowego mola, który temu wszystkiemu bezczelnie się przyglądał.
 
 
SRDZOIE

niedziela, 7 kwietnia 2013

Powielkanocne reminescencje

Ech, zimowe to były Święta, jak nie przymierzając Boże Narodzenie. 
Pomyłka to czy Prima Aprilis?
Otóż moi złoci, ani to, ani to.
Nie ma między tymi świętami żadnego dysonansu,  nie ma też to nic wspólnego z żartem czy kawałem. Przecież Wielkanoc ze Zmartwchywstaniem, to też Narodzenie!!! Tyle, że w innym wymiarze.
Mądra przyroda to zauważyła i dała nam odczuć zimową aurą. Trzeba to wydarzenie zapamiętać, by przekazywać je potomnym...
Ubrałem się ciepło, buty wysokie założyłem i pobrnąłem przez podwórka z koszykiem w ręce. A w nim baranek cukrowy marznął, jaja na twardo z zimna drżały a od kiełbaski chłodem wionęło. Ludziska zewsząd, na zaspy nie zważając, ku kościołowi dążyli, by uczynić zadość tradycji. Patrzyli trochę dziwnie na ulepione ze śniegu zające, lecz nie przeszkadzało im to, by tłumnie  świątynię zapełnić. I było ich tam więcej niż zazwyczaj. Z trudem wcisnąłem się bliżej stołu, swój koszyk między inne wsunąłem, poczekałem, aż kapłan modlitwę odmówił i wodą święconą wszystko zrosił, a potem puściłem się w drogę powrotną, chroniąc się pod parasolem, bo znowu zaczął padać śnieg. 
 
W domu wyszedłem na balkon, aby utrwalić się na tle wielkanocnej zimy.
 
 
     Miałem cichą nadzieję, że na Prima Aprilis zelżeje, ale nic z tego.
 
 
 
Więc na otarcie łez naszą wielkanocną dekorację sfotografowałem.
 
 
A dzisiaj cieplej, słoneczko wyjrzało i snieg się topi. Podobno w przyszłym tygodniu wiosna już na dobre zagości.