niedziela, 29 lipca 2018

Kątnik

Nie unikam
Kątnika,
A wręcz go lubię.
Można powiedzieć, że go hołubię.

O głaskaniu lub dokarmianiu nie ma mowy,
Chociaż czasem przychodzi mi to do głowy.
Nawiedza mnie też myśl niezdrowa -
A może by go tak pocałować?

Tfu!!!
Nie, oszczędzę to sobie i mu.
A niech tam sobie siedzi
I nad tkaniem sieci się biedzi.

Trochę mnie tylko wkurza,
Że nie mogę zajrzeć między odnóża,
By określić płeć.
Co on tam może mieć?

Czy to On, Ona, czy Ono?
Łamię głowę nad tą problematyką złożoną...
A może hermafrodyta?
Nie, nie wiem. Niech nikt mnie o to nie pyta...




niedziela, 8 lipca 2018

Stary klozet

Stary klozet
Zepsuł się od A do Zet.
Pękła mu rurka,
W spłuczce wciąż ciurka,

A na dodatek
Ciągle spod niej kapie.
No i zaworek dał ciała,
Nie działa.

I nie wiem, k.... mać,
Co zrobić, aby się nie dać.
Chyba wyrwę  go z kanalizacji
W szewskiej pasji

I wywalę do śmietnika.
Niech znika.
Będzie porządek.
Nie zasługuje na naszą de!


Tu już w śmietniku, w towarzystwie pojemników.

środa, 6 czerwca 2018

sobota, 2 czerwca 2018

Jeszcze jeden ślub...

Na wstępie, skowyt mojej duszy, wyrażony w specjalnie utworzonej przeze mnie na tę okoliczność formie literackiej, której nadałem nazwę "inwokacjotren".

INWOKACJOTREN

Ewo, siostrzenico moja,
Cóż ja mogę powiedzieć, co ja?
Chyba tylko to, że cię tracę,
Bo pewien facet
Dorwał się do Ciebie, jak do wodopoja
I robiąc w mej duszy łubu dubu,
Zawiódł Cię do ślubu!!!

Jak to jest, moja mała?
Już dla mnie dzięcielina nie pała.
Coś nagle się skończyło -
Jesteś, a jakoby Cię nie było,
I nie bursztynowy mi świerzop,
ni gryka nie biała...
Budzę się spocon o wczesnym poranku, 
Licząc zwiędłe kwiaty na Twoim wianku!!!

Hej, stop emocje. Niech przemówi zimny, kronikarski rozsądek.

I oto przemawia:

Ów ślub odbył się  w w Urzędzie Stanu Cywilnego w Werneuchen, niewielkiej miejscowości pod Berlinem. Urząd ten mieścił się w stylowym ratuszu, na rynku.


Część gości przyjechała samochodami, a część specjalnie na ten cel wynajętym autobusem. Pogoda był wyjątkowo sprzyjająca, mimo hiobowej prognozy na ten dzień. Ani śladu chmur, burz i ochłodzenia. Nieba lazur i temperatura powyżej 25 stopni.
W sali, na pierwszym piętrze budynku, urzędniczka, po odczytaniu z odpowiednim patosem i modulacją okolicznościowej mowy, tłumaczonej na angielski przez stojącą obok niej znajomą Pary Młodej, połączyła Ewę i Dietharda węzłem małżeńskim.









Oprawę muzyczną Ceremonii zapewniło Rodzinne Trio, wykonujące skomponowane przez siebie utwory.


Między innymi i ten utwór, noszący nazwę "Ewa`s entrance":


Po Ceremonii, nastąpiło uroczyste opuszczenie ratusza, w  ulewie konfetti w kształcie serduszek,


i przemieszczenie się całego towarzystwa parę kilometrów dalej, na przyjęcie w ogrodzie "Gartengluck Wegendorf" w Altlandsberg. Para Młoda udała się tam szykownym kabrioletem.


Ów Gartengluck Wegendorf, to nic innego, jak zaadaptowane do weselnych celów gospodarstwo. 


W murze wejście do ogrodu, a przed nim otwarte wrota do WC.


A to stodoła, w której odbyło się wesele.


Tutaj stoły, przy których spożywało się pokarm. Obowiązywała samoobsługa, ponieważ na widocznym w głębi podwyższeniu, przygotowany został tzw. szwedzki stół.  



Było to bardzo praktyczne, gdyż każdy mógł brać, co chciał i ile chciał, a także jeść, gdzie chciał - przy stole, lub w ogrodzie. Panowała piękna pogoda, toteż wszyscy wkrótce wybrali tę drugą opcję. 

Można było też coś wybrać z przygotowanego własnoręcznie przez Ojca Panny Młodej stołu z wędlinami z dziczyzny.


A potem nastąpiły hulanki i swawole, które trwały aż do północy.


I ja tam byłem, żarłem i piłem,
ale  niestety, wcześniej się wykruszyłem...

NIECH ŻYJĄ DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE!!!!


sobota, 12 maja 2018

Epitafium

Żył sobie szczęśliwie u naszych kuzynów pewien pies, olbrzym, rasy terier rosyjski. Nazywał się Smyk, podobnie jak należące do nich kolejne psy. Swym wyglądem i donośnym, groźnym szczekaniem budził powszechny respekt. W rzeczywistości serce miał gołębie dla tych, których znał, ale był nieustępliwie nieufny dla obcych. My znaliśmy go od szczeniaka, więc traktował nas niemal tak samo, jak właścicieli. 
Jednak, jak wiadomo, czas płynie. Osiągnąwszy poważny, jak na swoją rasę, wiek lat dwunastu odszedł z tego świata.


JESZCZE JEDEN SMYK
Z NASZEGO ŻYCIA ZNIKŁ.
GDZIE ON TERAZ PRZEBYWA,
NIE WIEM, NIE BĘDĘ TEGO UKRYWAŁ,
ALE NALEŻY WIERZYĆ,
ŻE GDZIEŚ TAM, W PSIM RAJU BIEŻY...  

niedziela, 22 kwietnia 2018

Ostatni rzut limeryków

OTO OSTATNI RZUT LIMERYKÓW

NIEKTÓRE OD LAT OSIEMNASTU
(czytać po godzinie 22!!!)

32.
            W biblijnych czasach, pewnego Onana
            Nakryła nocą żona zatroskana,
            I rzekła: Ty drabie,
Co szepczesz swej grabie?
Nic takiego – odparł – Kochana!

33.
            Pewien mieszczuch, w Boże imię,
            Chciał wymacać krowie wymię.
            Ta, czując gliglanie,
            Rzekła z uszanowaniem:
            Pocałujcież wy mię...

34.
            Raz jeden sk....synek
            Zagrał na klawesynie
            A drugi sk.....syn
            Wsłuchał się w klawesyn
            I rzekł: o, nie słyszałem takiej gry, nie!

35.
            Będąc we Włoszech, koza
            Spytała: que cosa?
            Ciągle mnie boli, doctore,
            Chyba mam plecy chore.
            A lekarz na to: skolioza!

36.      
            Dulcynea z Toboso
            Lubiła chodzić nago (o zgrozo!).
            Ujrzawszy ją, Don Kichot
            Wydał nerwowy chichot
            I spytał: „czy zostaniesz mą espozą?”

37.
            Pewien Graf Oman z Lubeki
            Pisywał limeryki całe wieki.
            Lecz każdy, któremu je dał,
            Z politowaniem się śmiał,
            Więc zmienił nazwisko, zanim zamknął powieki