czwartek, 20 września 2018

Nowa witrynka

MOJE DROGIE ZAPRZYJAŹNIONE PAŃSTWO BLOGEROSTWO!!!

Otworzyłem nową witrynkę z listą linków, zatytułowaną

FACTA NAUTICA

Znajduje się z lewej strony blogu, poniżej liczby wyświetleń.

Jest to bardzo interesująco prowadzony Internetowy Magazyn Nautologiczny.

Klikając te linki, możecie w każdej chwili przeczytać kryjące się pod nimi moje wpisy.

Oczywiście sukcesywnie będzie ona uzupełniana.

ZAPRASZAM!!!!

czwartek, 6 września 2018

Wyznanie

OTO, PANOWIE I PANIE,
MOJE ZASKAKUJĄCE WYZNANIE
(nawet mnie zaskoczyło)

Nie wiem dlaczego, ale na stare lata
Budzi się we mnie poeta,
A mogłaby obudzić się szmata
Albo, z przeproszeniem, męska k.....
 I nikt by mi za to głowy nie urwał

Bo podtatusiałego, jak ja, typa
Chroni szacowny wiek,
Nawet gdyby to okazał się  niewypał.
Więc mam to wszystko gdzieś i sobie bimbam.
Nie przejmuję się tym, co tam i tym tam

I mogą mi naskoczyć.
No dobra, dobra,
Kończę już, żeby nie zauroczyć,
Bez względu na to, kto ma rację, a kto nierację,
Ale najpierw zjem coś na kolację.


Mniam, mniam!!!


niedziela, 29 lipca 2018

Kątnik

Nie unikam
Kątnika,
A wręcz go lubię.
Można powiedzieć, że go hołubię.

O głaskaniu lub dokarmianiu nie ma mowy,
Chociaż czasem przychodzi mi to do głowy.
Nawiedza mnie też myśl niezdrowa -
A może by go tak pocałować?

Tfu!!!
Nie, oszczędzę to sobie i mu.
A niech tam sobie siedzi
I nad tkaniem sieci się biedzi.

Trochę mnie tylko wkurza,
Że nie mogę zajrzeć między odnóża,
By określić płeć.
Co on tam może mieć?

Czy to On, Ona, czy Ono?
Łamię głowę nad tą problematyką złożoną...
A może hermafrodyta?
Nie, nie wiem. Niech nikt mnie o to nie pyta...




niedziela, 8 lipca 2018

Stary klozet

Stary klozet
Zepsuł się od A do Zet.
Pękła mu rurka,
W spłuczce wciąż ciurka,

A na dodatek
Ciągle spod niej kapie.
No i zaworek dał ciała,
Nie działa.

I nie wiem, k.... mać,
Co zrobić, aby się nie dać.
Chyba wyrwę  go z kanalizacji
W szewskiej pasji

I wywalę do śmietnika.
Niech znika.
Będzie porządek.
Nie zasługuje na naszą de!


Tu już w śmietniku, w towarzystwie pojemników.

środa, 6 czerwca 2018

sobota, 2 czerwca 2018

Jeszcze jeden ślub...

Na wstępie, skowyt mojej duszy, wyrażony w specjalnie utworzonej przeze mnie na tę okoliczność formie literackiej, której nadałem nazwę "inwokacjotren".

INWOKACJOTREN

Ewo, siostrzenico moja,
Cóż ja mogę powiedzieć, co ja?
Chyba tylko to, że cię tracę,
Bo pewien facet
Dorwał się do Ciebie, jak do wodopoja
I robiąc w mej duszy łubu dubu,
Zawiódł Cię do ślubu!!!

Jak to jest, moja mała?
Już dla mnie dzięcielina nie pała.
Coś nagle się skończyło -
Jesteś, a jakoby Cię nie było,
I nie bursztynowy mi świerzop,
ni gryka nie biała...
Budzę się spocon o wczesnym poranku, 
Licząc zwiędłe kwiaty na Twoim wianku!!!

Hej, stop emocje. Niech przemówi zimny, kronikarski rozsądek.

I oto przemawia:

Ów ślub odbył się  w w Urzędzie Stanu Cywilnego w Werneuchen, niewielkiej miejscowości pod Berlinem. Urząd ten mieścił się w stylowym ratuszu, na rynku.


Część gości przyjechała samochodami, a część specjalnie na ten cel wynajętym autobusem. Pogoda był wyjątkowo sprzyjająca, mimo hiobowej prognozy na ten dzień. Ani śladu chmur, burz i ochłodzenia. Nieba lazur i temperatura powyżej 25 stopni.
W sali, na pierwszym piętrze budynku, urzędniczka, po odczytaniu z odpowiednim patosem i modulacją okolicznościowej mowy, tłumaczonej na angielski przez stojącą obok niej znajomą Pary Młodej, połączyła Ewę i Dietharda węzłem małżeńskim.









Oprawę muzyczną Ceremonii zapewniło Rodzinne Trio, wykonujące skomponowane przez siebie utwory.


Między innymi i ten utwór, noszący nazwę "Ewa`s entrance":


Po Ceremonii, nastąpiło uroczyste opuszczenie ratusza, w  ulewie konfetti w kształcie serduszek,


i przemieszczenie się całego towarzystwa parę kilometrów dalej, na przyjęcie w ogrodzie "Gartengluck Wegendorf" w Altlandsberg. Para Młoda udała się tam szykownym kabrioletem.


Ów Gartengluck Wegendorf, to nic innego, jak zaadaptowane do weselnych celów gospodarstwo. 


W murze wejście do ogrodu, a przed nim otwarte wrota do WC.


A to stodoła, w której odbyło się wesele.


Tutaj stoły, przy których spożywało się pokarm. Obowiązywała samoobsługa, ponieważ na widocznym w głębi podwyższeniu, przygotowany został tzw. szwedzki stół.  



Było to bardzo praktyczne, gdyż każdy mógł brać, co chciał i ile chciał, a także jeść, gdzie chciał - przy stole, lub w ogrodzie. Panowała piękna pogoda, toteż wszyscy wkrótce wybrali tę drugą opcję. 

Można było też coś wybrać z przygotowanego własnoręcznie przez Ojca Panny Młodej stołu z wędlinami z dziczyzny.


A potem nastąpiły hulanki i swawole, które trwały aż do północy.


I ja tam byłem, żarłem i piłem,
ale  niestety, wcześniej się wykruszyłem...

NIECH ŻYJĄ DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE!!!!